czwartek, 15 stycznia 2015

Lodowa pułapka - opowieść o sile .... antykoncepcji.

Od wczoraj w internecie huczy od komentarzy na temat ustawy pozwalającej na zakup pigułki "po" bez recepty. Z jednej strony pełne poparcie, z drugiej głosy sprzeciwu dla zabijania zarodków, To z kolei prowadzi do dalszych, medycznych dyskusji - lekarze twierdzą, że zanim komórka jajowa połączy się z plemnikiem, nie możemy mówić o żadnym nowym życiu. Twierdzą, że pigułka "po" to tylko środek antykoncepcyjny. Co ja myślę? Wolę ogólnodostępną pigułkę, niż wzrastający odsetek podziemnych aborcji, porzucanych noworodków i głośnych porzuceń. Nie twierdzę, że pigułka jest rozwiązaniem, nie twierdzę, że zniesienie recept na nią jest jednoznacznie dobre. Moim zdaniem to mniejsze zło. Żeby jednak ostudzić gorącą atmosferę - książka. W której antykoncepcja odgrywa kluczową rolę:

Lodowa pułapka



Kiedy ludzie żyją w ekstremalnych warunkach, mogą być zdolni do wszystkiego...
Kobieta o sercu tak zimnym, że dla zemsty jest gotowa wykorzystać własne dzieci...
Mężczyzna, który musi zmierzyć się z pułapkami własnej przeszłości...


Książkę capnęłam w ostatniej chwili, przed wyjściem z biblioteki. Pomyślałam o wyzwaniu Klucznik i śnieżnej okładce. Pobieżnie przeczytałam opis i - o dziwo - nawet mi się spodobał. Ucieszona tym przypadkowym łupem kilka dni później wzięłam się za czytanie. O mamusiu jak tego żałuję...

Nastrojowy i głęboko wzruszający dramat rodzinny - oto co możemy przeczytać na okładce. Ja się pytam "Really??". Czytając nastrojowy, myślę - kominek (taki z ogniem, nie bloger :P ), święta, świeczki, prószący śnieg. Co dostaję? -50C i biegun północny, gdzie ludzie tracą palce z mrozu, a hipotermia to najczęściej leczona przypadłość u lekarza pierwszego kontaktu. Głębokie wzruszenie? Raz. Jak trzeba było podać psu silny narkotyk, żeby dokończył swego żywota. To wzruszenie zajęło cały jeden akapit w książce. Może wystarczy, żeby umieścić go na okładce. Dramat rodzinny? Hmmm.. Tak. Ale nie w sposób, jaki sobie wyobrażacie. Let's see:

Roześmiała się i biorąc go za ręce, położyła je z powrotem w talii. Przytknął głowę do jej brzucha. Burczało w nim z głodu. Przystawił ucho, żeby lepiej słyszeć. W tych dźwiękach była jakaś potężna ziemska siła, odległy grzmot i błyskawica, erupcja wrzącej lawy, szum bezkresnych lasów, jakby ukryła w sobie mały wszechświat. Zupełnie osobne miejsce - egzotyczne, fascynujące i zakazane.Pragnął się tam znaleźć, w środku niej, wtargnąć ciałem w jej sekretny kosmos.

Klawo, nie? Tak pięknego, przepełnionego epitetami opisu burczenia w brzuchu jeszcze nie czytałam. Sam Mickiewicz spłonąłby rumieńcem, że nigdy na to nie wpadł. W dodatku jak to burczenie pobudziło zmysły Dafydda!

No właśnie - Daffyd. Pomijając fakt, że mógłby to być po prostu Davidem, mamy tutaj do czynienia z mężczyzną dość ciekawym. Z jednej strony lekarz, który na kacu wycina dziecku zdrową nerkę i ucieka przed konsekwencjami na praktykę wiele kilometrów od domu. Wstyd. Z drugiej, tak szybko odnajduje się w nowym otoczeniu, że nawet -50C nie przeszkadza mu w uciechach seksualnych z prawie każdą chętną. Raz nawet podniecają go zwłoki. Serio.

I właśnie te żądze Daffyda doprowadzają do głównego punktu opowieści, czyli listu od domniemanego dziecka bohatera, które ma trzynaście lat i brata bliźniaka. Czyli dwoje dzieci. Potem przechodzimy przez wspomnienia doktorka, listę prawdopodobnych zapłodnień, rozłam małżeństwa i w końcu - wycieczkę w dawne strony.

Czytając tę historię nie wiedziałam czy się śmiać, czy płakać. Opowieść na poziomie Mody na sukces, gdzie każdy sypia z każdym, co prowadzi do tego, że nawet wmówienie gwałtu staje się prawdopodobne. W końcu tyle tych kobiet było, że można się pogubić, z którą się spało, prawda? Początek mnie zachęcił, wtrącił się klimat indiańskich szamanów i bezkresów północy... Gdyby tylko autorka na tym się oparła - książka mogłaby być godna polecenia.

Myślę, że ten debiut pisarkę trochę przerósł. Chciała stworzyć ambitną książkę, z wątkiem prawie kryminalnym, w zamian wyszła komedia przez łzy, której przeczytanie staje się prawdziwym dramatem. Straciłam kilka wieczorów, choć czekają na mnie o wiele bardziej interesujące powieści. Rzadko się jednak poddaję, dobrnęłam do końca i pomyślałam sobie Czy ten facet nie wie, że istnieje antykoncepcja? Okazało się, że wie. Jednak ciągnąc poziom opery mydlanej - nawet ona zawiodła. I dzieci było więcej...

Moja ocena: 1/6
Autor: Kitty Sewell
Tłumaczenie: Renata Gorczyńska
Wydawnictwo: Świat Książki, 2009
Liczba stron: 416


Przeczytane również w ramach wyzwania Klucznik i Czytamy literaturę skandynawską i islandzką.

wtorek, 13 stycznia 2015

Blogerzy bajki piszą. Magiczna bajaderka - mnie również udało się popełnić bajkę.

Większość z Was pewnie chciała kiedyś napisać książkę. Albo mieliście pomysł, ale chęci brakowało. Lub - jak to zwykła mawiać moja znajoma - życie to wystarczająca komedia, nie trzeba książek pisać. Cóż, ja sobie po cichu marzę, że kiedyś napiszę, kiedyś stworzę, kiedyś wydam. Póki co w mojej głowie dopiero się ta opowieść układa. Przyjdzie czas i na to :). Zanim się jednak arcydzieło na miliard stron w tej głowie ułoży - popełniłam bajkę. Nie ja sama, popełniło nas tych bajek trzydzieści jeden sztuk blogerów.

Magiczna bajaderka



Blogerzy zabrali się za pisanie bajek. A konkretnie za utwory dla dzieci, bo jak wiadomo - każdy bloger to indywidualista, pełen pomysłów i zapału. W ten sposób do rąk Czytelnika trafia antologia utworów adresowanych do najmłodszych, ale nie tylko. Rodzice, młodzież i każdy miłośnik literatury będzie miał wiele przyjemności z czytania opowieści, a także podziwiania oryginalnych ilustracji wykonanych przez ilustratorkę o pseudonimie Newa Rysuje.

Kiedy przeczytałam jakiś czas temu o projekcie Blogerzy Bajki Piszą pomyślałam - czemu nie. Spróbuję, zobaczymy, co z tego wyjdzie. Nie spodziewałam się tak profesjonalnego podejścia do tematu ze strony organizatorów. Zaskoczyły mnie korekty (nie chcę sobie wyobrażać, co czuje autor całej książki, kiedy jego dzieło jest wielokrotnie poprawiane - ja czułam frustrację przy moich kilku stronach ;) ), w których odnaleziony został każdy, nawet najmniejszy błąd (ukłony dla pani Aleksandry Pałki). I chyba zaskoczyło mnie podejście do nas - blogerów, którzy niejednokrotnie debiutowaliśmy jako pisarze. Nie przeszkadzało to aby traktować nas z pełnym profesjonalizmem.

Ciężko mi pisać o tej antologii obiektywnie. Nawet jeśli jestem autorem tylko jednej, małej części tej pozycji, poczuwam się do odpowiedzialności zbiorowej;). A tak całkiem serio, kiedy otworzyłam tego e-booka na swoim komputerze po raz pierwszy, poczułam dumę i zachwyt. Zachwyt przede wszystkim w związku z ilustracjami. Zanim przeczytałam bajki, rolowałam w górę i w dół, nie mogąc zachwycić się tym, co stworzyła Newa Rysuje. Chapeu bas za to, co stworzyłaś!

W trakcie czytania myślałam tylko o jednym. O tym, jak bardzo cieszę się, że wszyscy blogerzy potraktowali temat poważnie i stworzyli przepiękne, tak bardzo różne opowieści, które mogą zachwycać dzieci przez wiele lat. Każda z nich niesie za sobą przesłanie. Czasem poprzez śmiech:

Ja już nie będę więcej wrzeszczała
chyba, że będę gdzieś na wycieczce.
Bardzo Cię proszę, królu tatusiu,
nie trzymaj dłużej głowy już w beczce!

A czasem całkiem poważnie:

Rodzina to coś, co mamy najpiękniejsze w życiu. Zwłaszcza rodzeństwo - brat, z którym mogłem bawić się, gdy byłem mniejszy. Z bratem, który jest moim przyjacielem.

Niektóre z bajek mają morał podany na tacy, przy innych mamy okazję do dyskusji z dzieckiem o tym, czy zrozumiało o czym bajka mówi. Są historie o księżniczkach i smokach. Są bajki dla dziewczynek i chłopców, są też takie, które pokochają mali czytelnicy obojga płci. Niezwykle barwna mieszanka charakterów, postaci i historii, które zapadną w pamięć na długi czas.

Myślę, że to jedna z tych pozycji, do których będę wracać często z moją córką. Już z dumą pochwaliłam się, że mamusia jest autorką jednej z bajek. Mając taki zbiór przed sobą, powinno odczuwać się dumę, że braliśmy w nim udział. To była długa i żmudna praca dla organizatorów. Powstała świetna antologia, którą z czystym sumieniem mogę polecić dalej, bo wiem, że każdy znajdzie coś dla siebie. Wszystko jest tutaj przemyślane, a ilustracje (co podkreślę jeszcze raz) - zwalają z nóg. Mój jedyny minus, to czas oczekiwania na ten zbiór :)

Moja ocena: 5,5/6
Autor: projekt Blogerzy Bajki Piszą
Wydawnictwo: E-bookowo, 2015
Liczba stron: 221

P.S. E-book dostępny za darmo TUTAJ. 

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Apetyt - czyli rzecz o tym, jak się przejadłam.

Zawsze lubiłam jeść czytając. Uwielbiałam! I mam tak do teraz. A już tym bardziej, kiedy bohaterowie książki też coś jedli. I wiem nawet po kim to mam. Jako nastolatka schodziłam czasem w środku nocy do kuchni, żeby wyszperać w lodówce coś pod lekturę i w drzwiach mijałam tatę, który właśnie wracał z bułką i kiełbasą. Teraz tata słucha audiobook'ów, ale dalej konsumuje w trakcie, wiem to ;)
I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że zniknęła przemiana materii, która pozwalała nastolatce wrzucać w siebie kilogramy niezdrowego żarcia o trzeciej w nocy. Teraz trzeba uważać, miarkować się.... Jezu, jakie męki człowiek przechodzić musi! A co dopiero przy takiej książce jak ta....

Apetyt



W XV- wiecznej Florencji, mieście zmysłów, każdy jest artystą. Młody Leonardo da Vinci uczy się mieszania pigmentów, a Nino Latini łączy cynamon, pieprz, gałkę muszkatołową i wanilię. Jego daniom nie potrafią się oprzeć Medyceusze, kardynałowie, a nawet sam papież.
Kiedy ukochana Tessina zostaje zmuszona do ślubu z podstarzałym arystokratą, Nino zatraca się w pracy. Obłędne uczty, rozpustne kurtyzany, potrawy, które mącą zmysły - tylko on potrafi wyczarować spektakl, który zachwyca od Florencji aż po Rzym.
Ale raz rozbudzony apetyt nie da o sobie zapomnieć. Tak jak pierwsza miłość, której nie nakarmią same wspomnienia. Jeśli droga do serca wiedzie przez żołądek, Nino użyje najwykwintniejszych smaków, by ją odzyskać.

Wystarczyło mi pierwsze zdanie opisu, żeby mieć chęć na tę książkę. Jak już wspominałam renesans we Włoszech to czas. który szczególnie mnie w książkach ujmuje. Tutaj trochę przeraził mnie fakt, że książkę poleca... kucharz. Z całym szacunkiem dla pana Wojciecha Modesta Amaro (czy też po swojsku Wojciecha Basiury ), ale... cholera, przecież to nie książka kucharska, prawda? Cóż, zrozumiałam nieco później, że kucharz, który rekomenduje tą książkę, to chyba jedyna właściwa osoba na tym miejscu... 

Zrozumiałam, że mam problem, kiedy pierwszego dnia z tą książką, o godzinie dwudziestej trzeciej, czasu polskiego, wrócił z pracy mój mąż. Zamiast zwyczajowego cześć - usłyszał zrobisz mi coś do jedzenia?. I tak leżałam w łóżku, obok stos kanapek, a dieta noworoczna została tylko wspomnieniem.

Do rzeczy jednak! Nino Latino, jako główny bohater nie zdobył mojego serca. Wręcz przeciwnie. Po stu stronach książki, zaczynałam być lekko znużona ciągłym jego gotowaniem i opisem WSZYSTKICH składników, do WSZYSTKICH potraw. Po dwustu stronach zaczęłam się irytować (przy czym ciągle jadłam i jadłam)... Kiedy jednak przeczytałam trzysta stron miałam serdecznie dość i z utęsknieniem oczekiwałam końca tej lektury. To nie tak, że sam Nino był nudny, broń Boże. Autor bardzo się postarał, żeby jego zachowania szokowały już od pierwszych stron książki:

Matka umarła w przeddzień moich czternastych urodzin. Przyglądałem się, jak łapie ostatni, głęboki, drżący oddech. (...) Dotknąłem wargami żył wybrzuszających grzbiet jej dłoni i zrobiłem to co zawsze: polizałem i posmakowałem skóry.(...) I pewnie rozczaruję was, kiedy powiem, że śmierć nie ma smaku.

Mamy więc do czynienia z chłopcem, który owładnięty nad wyraz rozwiniętym zmysłem smaku - liże wszystko wokół. Tak, wiem, groteska - sama też to tak odebrałam. I choć bardzo chciałam dopatrzeć się w tym głębi, nijak nie mogłam. No bo jak, kiedy on liże zwłoki matki, mur kościoła, łóżko czy kawałek drewna. Gdyby autor brnął w to do końca, rozwinął talent Nina, a nie zamknął go tylko w byciu świetnym kucharzem - może bym to doceniła. A tak, mamy tutaj niezły zalążek interesującej opowieści, który umiera... w zalążku właśnie. 

Cała interesująca fabuła mogłaby się zmieścić w jednej trzeciej ilości stron. Reszta to jedzenie. Dużo jedzenia. Przepisy, składniki, przyrządzanie... Nie żebym miała coś do jedzenia! Ale kiedy na kolacji u kardynała pojawiają się kurtyzany ( ładne słowo, nieprawdaż?) i wychodzą wszystkie tajemnice kleru w tamtych czasach - na prawdę nie mam ochoty czytać trzech stron o tym, jak zrobić najlepszą wołowinę ever. Albo kiedy Nino urządza ucztę weselną dla swojej ukochanej - tylko serce z jego własnej krwi w ciastku Tessiny wydaje się interesujące. Jednak, żeby o nim przeczytać, muszę poznać skład WSZYSTKICH potraw na stole.

Takie właśnie drobne sprawy czyniły tą książkę, mimo wszystko, zdatną do czytania. Smakowanie moczu kardynała, kiedy Nino zostaje jego dietetykiem, czy wąchanie jego gazów.. Obstawiam, że gdyby dietetyk zajmował się tym do teraz, nie byłoby tylu chętnych do nauki zawodu. Scena walki, kiedy Nino prawie umiera - najlepsze dwie strony w książce, nieomal tam byłam! Dowiedziałam się też o istnieniu latającego ciasta - czyli ciasta z żywym (jeśli się udało) środkiem. Zamykano w nim ptaki, które po części się dusiły, po części gotowały, a te co przeżyły - zabijały się o okna i ściany wylatując z rozkrajanych słodkości. Wszystko oczywiście w otoczce latających odchodów i piór. Pychota! Poznałam także zioła, którymi narkotyzowano się w czasach renesansu i choć sproszkowany srom łani nie brzmi zachęcająco - wtedy święcie wierzono, że jest najlepszym afrodyzjakiem i lekiem na potencję.

Doceniłam rys historyczny, nową opowieść o Medyceuszach, którą odkrywam w wielu książkach - za każdym razem ciesząc się z wyobraźni autora. I tak bohater, który towarzyszył mi ostatnio przy okazji czytania Uśmiechu Lisy - pojawia się tutaj, je ucztę z papieżem, a następnie zostaje zamordowany. Urok książek historycznych. Opis wykopywanych zwłok i ciągnięcia ich ulicami Florencji może doprowadzić co wrażliwszych do zwrotu spożywanych pokarmów, ale i ten opis doceniłam ;)

Zdecydowanie nie jest to książka dla każdego. Nawet wytrwały miłośnik renesansu włoskiego, który nie ma problemów z kulinarnymi opowieściami może się zmęczyć. Znudzić. To raczej powieść dla tych, którzy oprócz miłości do zjadania (to ja), pałają też miłością (najlepiej wielką) do gotowania. Ja się tym wszystkim przejadłam, dosłownie i w przenośni. Mój renesansowy zapał został skutecznie ostudzony przez gorące dania serwowane ciągle i ciągle... i ciągle. Ta opowieść pewnie by mnie porwała, gdyby ktoś mi wyciął większą połowę tych kuchennych rewolucji... a może najlepiej wszystkie?  Nie było tragedii, ale jeśli zasypiam po dwudziestu minutach z książką - znaczy, że najwybitniej też nie jest. Przynajmniej dla mnie i mojego żołądka. Wynoszę z tej powieści kilka ciekawostek, nieufność do książek sygnowanych nazwiskami kucharzy i... jakieś kilo wagi więcej.

Moja ocena: 2,5/6
Autor: Philip Kazan
Tłumaczenie: Urszula Woźniakowska
Wydawnictwo: Znak, 2014
Liczba stron: 576

Przeczytane również w ramach wyzwania Klucznik.

czwartek, 8 stycznia 2015

Gwiazdeczka. Wieczorna bajeczka - dla bardzo zmęczonych.

Drzemka dziecka w trakcie dnia to zbawienie ludzkości. No może nie całej, ale tej rodzicielskiej części na pewno. Wspominałam już, że nasze drzemki powoli odchodzą w niepamięć, ale jeszcze, jeszcze czasem się uda. Jak dziś, kiedy za oknem jeszcze ciemno, a ja usłyszałam Cyśkę, która gada sama ze sobą. W takich chwilach ciężko się zebrać z łóżka ( mimo wrzasków No wstawaj mama, wstawaj! Ubieraj się!), pociesza tylko fakt, że przy wczesnej pobudce porannej, będzie odpoczynek w trakcie dnia, bo pierworodna da się na południową drzemkę skusić. A jeśli rano wstaje o ludzkiej porze, to szaleństwo trwa do wieczora, kiedy po siódmej już oczy się zamykają. I na takie szybkie zasypianie jest właśnie ta książka:

Gwiazdeczka. Wieczorna bajeczka



Wieczorem, kiedy Twoja mama mówi Ci "dobranoc", mama Gwiazdeczki (tak jak wszystkie gwiezdne mamy) woła "Dzień dobry, już czas się obudzić!" Bowiem kiedy Ty śpisz, nasza mała bohaterka bawi się w najlepsze. Posłuchaj o tym, jak Gwiazdeczka przekonała się, że każdy może zrobić wiele dobrego, jeśli tylko bardzo tego pragnie.

Gwiazdeczkę miałam przyjemność spotkać po raz drugi. Poprzednia książka z tej serii - Gwiazdeczka. Przytulanka usypianka spodobała się Cyśce na tyle, że sama odnalazła w bibliotece kolejną część. Na obu jest adnotacja, że są one przeznaczone dla dzieci powyżej trzech lat - właściwie nie wiem dlaczego. Treść jest łatwa i przyjemna, zrozumiała i z przekazem.

Jak wskazuje tytuł, jest to książka najlepsza na wieczorne czytanie. Nie tylko ze względu na historię w niej zawartą, ale również ze względu na długość. Po dziesięciu grubych stronach, z czego połowa to treść, a połowa ilustracje - dzieć nie zdąży odpaść nie poznając zakończenia. Bo chyba każdy lubi znać zakończenie? ;)

Gwiazdeczka w tej części pomaga zwierzakom. Odnajduje dom Reksiowi, który się zgubił, liczy orzechy z wiewiórką, która była pewna, że pogubiła część zapasów. Na koniec udowadnia zapłakanemu kotkowi, że jego cień wcale się nie zgubił. Wtedy może już wrócić do zmartwionej mamy:

Jestem! Już jestem! Nie martw się mamusiu. Możesz być ze mnie dumna, bo okazałam się wspaniałym poszukiwaczem. Odnalazłam małego pieska, orzechy wiewiórki, cień kotka, a na koniec samą siebie!

Bajka niesie ze sobą dwa przesłania. Pokazuje maluchom, że każda, nawet drobna pomoc jest ważna i potrzebna. To właściwie morał tej opowieści. Jednak drugą mądrą rzeczą, którą tutaj można znaleźć jest prośba o pomoc. Uczmy nasze dzieci, by nie wstydziły się o nią prosić i pomagajmy im, by czuły, że mogą na nas polegać.

Moja ocena: 4,5/6
Autor: Dagna Ślepowrońska, Dorina Maciejewska (ilustracje)
Wydawnictwo: WILGA Sp. z o. o., 2003
Liczba stron: 10

wtorek, 6 stycznia 2015

Nasze szczęśliwe dni - o tym, jak wzbudzić szereg emocji w kobiecie.

Choć z natury jestem chłopczycą, miewam takie nastroje, co to zmuszają człowieka do przemyśleń i tkliwych sentymentów. Wtedy najczęściej zmuszam męża do towarzyszenia mi w oglądaniu durnej komedii romantycznej czy łzawego melodramatu. Jak typowa baba - brakuje tylko litrowego pudła z lodami i dziesięciu tabliczek czekolady. Tej łaciatej. Albo z orzechami... zwykłej, mlecznej nawet. Ok, wróć, dieta, postanowienia noworoczne, te sprawy.
W każdym razie przy takim nastroju, kiedy poślubiony odmawia nam uczestniczenia w ckliwym spektaklu smarkania w papier toaletowy (bo taniej niż w chusteczki), a same oglądać filmu nie chcemy - zostają książki. Kocyk, kubek czegoś rozgrzewającego, dresy stare jak świat i grube skarpetki. Jak bez diety to dołożyć słodkie. Dużo słodkiego. Tylko nie mówić, bo ci na diecie się wkurzają.

Nasze szczęśliwe dni



Kiedy Isabelle miała siedemnaście lat, zakochała się wbrew rodzinie i panującym zwyczajom. W latach trzydziestych XX wieku takie uczucie było nie tylko zakazane, ale i niebezpieczne. Isabelle nie chciała jednak kierować się rozsądkiem. Robert był miłością jej życia.
Teraz, po latach, Isabelle musi powrócić do rodzinnych stron. W podróży towarzyszy jej fryzjerka Dorrie. W miarę jak kobiety się coraz bardziej zaprzyjaźniają, Isabelle wyjawia tajemnice ze swojej młodości...

Miałam mieszane uczucia sięgając po tę książkę. Z jednej strony lubię klimat początków XX wieku w Ameryce. Zawsze kojarzy mi się z werandami pomalowanymi na biało i jabłecznikiem. Z drugiej strony obawiałam się płytkiej opowieści, kolejnej próby przeniesienia Romea i Julii w czasy bardziej współczesne. Cóż, dałam się zaskoczyć.

Na samym początku zwróciłam uwagę na "filmowość" tej pozycji. Znaczy to tyle, że dzięki barwnym (ale nie przesadzonym) opisom , mogłam tworzyć sobie w głowie film, klatka po klatce. Wiecie, to jedna z tych książek, kiedy wyobraźnia sama podsyła cały obraz, nie trzeba się nawet zbytnio nad tym zastanawiać.

Narracja jest prowadzona dwuosobowo. Wspomnienia Isabelle przeplatają się ze współczesnym życiem jej i Dorrie. Muszę tutaj wtrącić, że postać Dorrie moim zdaniem została dodana przez autorkę w celu budowania napięcia. Owszem, staje się istotnym człowiekiem w życiu Isabelle, jednak krótkie rozdziały, których jest bohaterką, stanowią jedynie swego rodzaju przerywniki w opowieści Isabelle. Cała historia mogła się równie dobrze wydarzyć bez obecności fryzjerki, która zgadza się wyruszyć ze staruszką w podróż na tajemniczy pogrzeb. 

Zakazana miłość, o której czytamy w opisie książki, nie jest jedną z tych przewidywalnych. Robert nie jest przedstawicielem zwaśnionego rodu, nie jest żebrakiem, dilerem narkotyków ani alfonsem. Robert jest ... czarny. To całe jego "przewinienie", które w tamtych czasach nie pozostawia złudzeń na normalne, szczęśliwe życie. Codziennie przychodzi pracować do miasteczka, które wita go tablicą 

CZARNUCHU, NIE POZWÓL, ABY TU, W SHALERVILLE, ZASTAŁA CIĘ NOC.

Robert okazuje się dżentelmenem, a Isabelle szybko zakochuje się w chłopcu, którego matką jest czarnoskóra kucharka z jej rodzinnego domu. Nieśmiałe pocałunki i cała reszta zwykłych, młodzieńczych zalotów, doprowadzają do ucieczki Isabelle z domu i potajemnego ślubu z Robertem w stanie, w którym nie było to nielegalne. Ich szczęście trwa... jedną noc. Później rodzina bohaterki wszystko niszczy.

Myślałam, że to już, cała kwintesencja historii - będą się szukać, spotykać po cichu, wracać do siebie i znowu od początku. I kolejne zaskoczenie. Pojawia się dziecko, śmierć, drugie małżeństwo i seria niedopowiedzeń, która doprowadza Isabelle nad otwartą trumnę. To trumna kogoś, kto umarł nie wiedząc jak bardzo był kochany. Starym zwyczajem nie zdradzę zakończenia - bo to przecież bezsensu.

Każda kobieta się wzruszy. Gwarantuję. No chyba, że wycięła sobie serce żyletką. Facet też by się wzruszył, ale większość pewnie zbyt dumna, żeby takie babskie rzeczy czytać ;). Jest to powieść o miłości ponad podziały i o rasizmie przyjmującym ogromną i bolesną skalę.  O przyjaźni i nienawiści też. Ale głównie o wyborach, które czasem złe, przekształcają się w piękną historię naszego życia.

Moja ocena: 5/6
Autor: Julie Kibler
Tłumaczenie: Julia Gryszczuk - Wicijowska
Wydawnictwo: Znak, 2013
Liczba stron: 448

Przeczytane również w ramach wyzwania Stare, dobre czasy.

sobota, 3 stycznia 2015

Nella. Piękno nieoczekiwanego - czyli jak mnie wzruszyć i znudzić zarazem.

Kiedy zrobiłam test ciążowy kilka lat temu, poza szokiem przyszło uczucie niepokoju. Czułam, że będzie dziewczynka, chociaż zaczęliśmy wymyślać imiona dla obojga płci. Oj, ile tego było. Przeszliśmy nawet przez etap Leonarda i Romea dla chłopca. Chyba dobrze, że mnie przeczucie nie myliło ;) Na USG połówkowym czekałam z niecierpliwością na rozpoznanie płci, jednak z tyłu głowy ciągle pulsowało mi zdanie "Najważniejsze, żeby było zdrowe".
Nam się udało. Mamy zdrową, wymarzoną dziewczynkę. Ale co w momencie, kiedy przestaje być tak idealnie...?

Nella. Piękno nieoczekiwanego



Nella. Piękno nieoczekiwanego to niezwykła opowieść o miłości, nadziei i pokonywaniu życiowych przeszkód. Jest zapisem emocji, przemyśleń i procesu dojrzewania Autorki podczas pierwszego roku życia z córeczką, która urodziła się z zespołem Downa. Książka powstała w oparciu o blog, który przyciągnął rzeszę czytelników z całego świata (zanotowano blisko 3 miliony odwiedzin.Wspomnienia Kelle to wspaniale napisana książka o pełni życia, rozwoju osobistym, akceptacji tego, co niedoskonałe. Autorka uświadamia nam, że wielka miłość może dać szczęście i radość życia w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji.

Kelle to kobieta, która marzy o drugim dziecku. Kiedy w końcu się udaje - nie posiada się ze szczęścia. Wszystko zmienia się na sali porodowej, kiedy w swojej córeczce zauważa cechy zespołu Downa. Wie od razu, diagnoza lekarza to tylko potwierdza.
W tym momencie postawiłam się na miejscu Kelle. To znaczy spróbowałam sobie to wyobrazić - po dziewięciu miesiącach noszenia pod sercem swojego dziecka, nagle okazuje się, że Twoje wyobrażenia o nim pękają jak bańka mydlana. Dziecko jest chore, ma zespół Downa - brzemię na całe życie.

Nie mam pojęcia, co bym zrobiła, jak zareagowała. To jedna z tych sytuacji, na które nie można się przygotować. Coś, co kształtuje nas dopiero, kiedy tego doświadczymy. 

Kelle się załamała. Czuła, że okłamała pierwszą córkę obiecując jej siostrzaną więź, czuła, że świat stanął w miejscu, a ona nie wie, jak to mogło się stać. Chciała cofnąć się do czasu, kiedy Nella była w brzuchu, chciała nie wiedzieć. Miała przy sobie przyjaciół. Całe grono. I rodzinę. Każdy z nich zachował się cudownie i pokochał małą Nellę od pierwszego wejrzenia.. A Kelle płakała.

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to właśnie liczba przyjaciół autorki. Pełny pokój, zmiana straży przy Kelle co kilka godzin, ciągle kilka osób, potem kolejne i kolejne. Nigdy nie była sama. Przyjaźń pozwoliła jej przetrwać pierwsze, najtrudniejsze chwile. Kolejna rzecz, to sale poporodowe w Ameryce. Można sobie przynieść piwo, filmy na DVD, spędzić noc z przyjaciółmi. Prawie jak w domu. Nijak ma się to do polskiej rzeczywistości.

Wzruszałam się, jak pewnie każda matka i połowa nie-matek. Kelle uczyła się kochać i akceptować małą Nellę taką, jaka była. Bez zastrzeżeń, zaczynając od czystej karty, nienaznaczonej dodatkowym chromosomem. To było jej dziecko i tylko to się liczyło:

Jej nosek był nieco spłaszczony - tak, ale ciągle maleńki i słodki. Miała zamknięte oczy, a po bliższym przyjrzeniu się można było dostrzec jej maleńkie jasne rzęsy. Jej uszka były małe i nisko osadzone, ale znacznie bardziej kochane, niż uszy niektórych noworodków. Dlaczego jej cechy zebrane razem dały tamtą diagnozę, a nie idealnego noworodka, który pachniał słodko, kwiczał jak mały prosiaczek i mościł się w zakamarkach mojej szyi, jakby był do tego stworzony?

Tak, jak w opisie - na książkę składają się przemyślenia i emocje autorki. Wszystko się zgadza. Tylko po pewnym czasie zaczęłam odczuwać znużenie. Ciągle powtarzane zdania, ciągle łzy, to samo. Praktycznie trzy czwarte książki. Najbardziej cieszyły mnie wstawki o małej Nelli, jej codziennym życiu. Chciałam ją poznać bliżej, zobaczyć jak się rozwija, jak sobie radzą. Mało było tych momentów w książce. Dlatego - mimo dobrego pióra autorki i ważnego tematu - książka zaczęła nudzić. Chciałam zgłębić wiedzę o życiu z osobami chorymi na zespół Downa, trafiłam na pamiętnik z uczuć matki dziewczynki z tym zespołem. Nie twierdzę, że to źle, że książka bezwartościowa - wręcz przeciwnie. Jednak w moim odczuciu te wszystkie emocje to coś, co w pełni mogą zrozumieć tylko osoby, które znalazły się w takiej sytuacji jak Kelle.

Właściwie książkę ciężko mi ocenić. Czuję, że jest to pozycja wartościowa, szczera i prawdziwa. Coś, co powinno zostać spisane, emocje zarezerwowane tylko dla ludzi, którzy tego doświadczyli. Jednocześnie wsparcie dla innych rodziców dzieci, które urodziły się z zespołem Downa. Jednak jako zwykły czytelnik czuję niedosyt poznawczy życia małej Nelli. Doceniam ogromną przemianę Kelle, jej pracę nad samą sobą i zmianę myślenia. Ale nie zmienia to faktu, że do wszystkiego doszła ona dzięki swojej małej córeczce. I choćby dlatego chciałabym to dziecko lepiej poznać.

Moja ocena: 4,5/6
Autor: Kelle Hampton
Tłumaczenie: Justyna Kucharska
Wydawnictwo: Rodzinne, 2012
Liczba stron: 308


piątek, 2 stycznia 2015

Kubuś Puchatek. Bajeczki w 5 minut - coś na czas przed spaniem.

Do dzisiaj pamiętam, jak kiedyś skacząc po kanałach TV pomyślałam " Boże, dzieci na prawdę to oglądają..?". Przerażała mnie wizja mojego - wtedy jeszcze przyszłego dziecka, które ogląda to badziewie. Wszystko skomputeryzowane, zero fabuły, o morale już nie wspominając. Gdzie czasy Koralgola, Misia Uszatka, Żwirka i Muchomorka? Gdzie Reksio i Muminki? Na szczęście, kiedy weszłam w posiadanie- że tak ładnie to określę, pierwszego egzemplarza z serii "Twoje własne, żywe, zrób to sam", okazało się, że nie jest tak źle. Przecież komputer umożliwia włączenie jakiejkolwiek bajki w wybranym przez nas czasie. A i nowoczesne kanały bajkowe w TV mają stałe pory, w których można tam spotkać "klasykę gatunku". Kiedy więc nadeszła ochota na obejrzenie czegoś, już nie byłam przerażona wizją oglądania robotów strzelających ultrafioletem z nowoczesnych pistoletów chowanych do rękawa. Mam wybór. Tak samo jak z książkami.

Kubuś Puchatek. Bajeczki w 5 minut.



Bajeczki w 5 minut to książka idealna do czytania na dobranoc, albo w wolnej chwili w ciągu dnia. Każda z pięciu bajeczek to nowa przygoda ulubionych bohaterów Twojego dziecka. Teksty nie są długie, więc bez trudu utrzymasz uwagę małego słuchacza.

Lubicie Kubusia Puchatka? Ja jakoś kurczę, nie bardzo. Pamiętam tą bajkę z dzieciństwa, nigdy za nią specjalnie nie przepadałam - właściwie bez konkretnego powodu. Jednocześnie teraz zdaję sobie sprawę z tego, że wśród wielu bezużytecznych porcji kolorowego ruchu w TV - to jedna z tych bardziej wartościowych pozycji.

Cyśka Kubusia nie darzy miłością wielką, ale go lubi. Jedną z trzech maskotek, z którymi śpi ( nie licząc nas ;) ) jest mały Tygrysek, wygrany przez tatę w tej grze, co to trzeba wycelować, złapać i wyciągnąć maskotkę niby- dźwigiem. Jeśli chodzi o książeczkę - złowiła ją sama w bibliotece. Miała na nią wielki boom, czytaliśmy pięć wieczorów, każdego inną opowieść. Jednak potem bajeczka trafiła na półkę i zastąpiła ją inna. Więcej jej przed spaniem nie wybrała. 

Książka sama w sobie jest ciekawym rozwiązaniem. Po pierwsze - tematyczna seria, więc można poszukać tej z ulubioną bajką naszego dziecka. Po drugie - historie zawarte w książce są faktycznie idealne czasowo na dobranoc. Ani za krótkie, ani za długie. Mamy też oczywiście masę ilustracji, które znamy z konkretnych bajek w TV. 

Każda z pięciu historii ma jednego głównego bohatera, który oczywiście spotyka całą resztę mieszkańców Stumilowego Lasu. Mamy Prosiaczka, który nocuje u Kubusia i przekonuje się, że wszystko w nocy brzmi inaczej w obcym domu. Mamy Maleństwo, które dowiaduje się, że mieszkanie samemu wcale nie jest łatwe i trzeba wtedy wykonywać wszystkie obowiązki. Jest Tygrys, któremu wydaje się, że zgubił swoje brykanie, Kubuś, który ma dla wszystkich niespodziankę, ale w końcu sam zapomina o co chodziło. I mamy Kłapouchego, który nie wyobraża sobie, że, wszystko może być dobrze :

-Wcale się nie skarżę, ale "nic się nie stało" brzmi dla mnie bardzo podobnie do "coś się stało.

Mimo osobistych (niewyjaśnionych) niechęci do bajki o Kubusiu Puchatku, książeczkę mogę polecić. Opowieści w niej zawarte są interesujące dla maluchów, barwne i co najważniejsze - płynie z nich jakiś przekaz. Krótkie - zachęcają do czytania i mogą być doskonałym wstępem do wieczornego rytuału, jeśli ktoś dopiero zaczyna czytać przed snem swoim dzieciom.

Moja ocena: 5/6
Autor: Laura Driscoll, Josie Yee (ilustracje)
Tłumaczenie: Anna Niedźwiecka
Wydawnictwo: Egmont, wydanie drugie 2011
Liczba stron: 48