Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla dorosłych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla dorosłych. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 lutego 2015

Love, Rosie - tak dla odprężenia.

Po przeczytaniu dwóch tomów Millenium trochę parował mi mózg. Zwykle w takich chwilach robię sobie wolne od czytania. Rzadziej- sięgam po coś, co mózgu nie wymaga. Tak było i tym razem.

Love, Rosie



Rosie i Alex od dzieciństwa są nierozłączni. Życie zadaje im jednak okrutny cios: rodzice Alexa przenoszą się z Irlandii do Ameryki i chłopiec oczywiście jedzie tam razem z nimi. Czy magiczny związek dwojga młodych ludzi przetrwa lata i tysiące kilometrów rozłąki? Czy wielka przyjaźń przerodziłaby się w coś silniejszego, gdyby okoliczności ułożyły się inaczej? Jeżeli los da im jeszcze jedną szansę, czy Rosie i Alex odważą się ją wykorzystać?

Nie zrozumcie mnie źle - absolutnie nie mam nic do romansów i im podobnych. Ba, chętnie po nie sięgam. Jednak chyba wszyscy zgodzą się, że taka literatura jest dla czystej przyjemności i odprężenia, bez górnolotnych zapędów czytelniczych. Nie mam ochoty myśleć, chcę się wyłączyć - zabieram się za czytanie książek w stylu Love, Rosie.

Tą pozycję kupiłam z przypadku. Wzruszałam się na P.S. Kocham Cię, polubiłam styl Cecelii Ahern, więc chciałam sprawdzić co zdarzy się tym razem. Cóż , w mojej opinii P.S. Kocham Cię wygrywa w przedbiegach, jednak Love, Rosie nie pozostaje daleko z tyłu.

Przede wszystkim punkt za stworzenie całości tylko z różnego rodzaju korespondencji głównych bohaterów. Od młodzieńczych liścików na lekcjach, przez e-maile, tradycyjne listy, po kartki świąteczne i urodzinowe. Byłam trochę sceptyczne nastawiona do tego pomysłu, ale okazało się, że skleiło się to ładnie w spójną i nawet interesującą historię. Przekonałam się, że nie wszystko musi być takie, jak zawsze było, a nowe rozwiązania zdają egzamin. I mówi to osoba, która najchętniej przeniosłaby się do czasów sprzed internetu, albo w ogóle elektryczności. Cóż - bloga bym wtedy nie pisała, facebook nie zostałby jeszcze wymyślony - jednak mam wrażenie, że wtedy żyło się lepiej, pełniej. I wolałabym czytać przy świeczce, niż patrzeć na e-spotkania w sieci. Wolałabym też posyłać gołębia z listem, nawet jeśli miałby się zgubić po drodze, niż wysyłać i dostawać bezpłciowe maile.

Ale wróćmy do meritum. Poza ukazaniem wielkości wagi korespondencji w naszym życiu, autorka pokazuje też to, co zwykle pojawia się w takich książkach - przyjaźń dozgonna, miłość, siła marzeń etc.,etc. Zaskakuje jednak dorzuceniem do fabuły wczesnej ciąży i trzyma w niepewności co do zakończenia dosłownie do ostatniej strony. Muszę stwierdzić, że czas spędzony z tą lekturą był przyjemny.

Inną sprawą jest film. Taki z serii "PanieBożePoratuj" i "PrzecieżToNieByłoTak!".
Serio - książkę możesz sobie wsadzić w... półkę. Poza imionami bohaterów, kilkoma innymi szczegółami - miałam wrażenie, że trafiłam do innej bajki. Mąż dzielnie znosił okrzyki sprzeciwu, a znana jestem z tego, że ze złości miotam niezbyt cenzuralnymi przerywnikami... Ale no cholera! Czy tylko ja mam tak, że jak oglądam ekranizację, to chciałabym, żeby Zośka, czy inna Kryśka faktycznie miały czerwonego Seata, jak to w swojej wizji zobaczył autor powieści? I wkurza mnie jak ta Zośka czy Kryśka mkną ulicą ZIELONYM OPLEM? No dobra, głupie porównanie, bo jakbym znaczka z tyłu auta nie zobaczyła, to pewnie wmówiliby mi, że to Seat. Ale dalej byłby zielony!

Trochę uwypuklam, zdaję sobie sprawę z tego, że niemożliwe jest dosłowne przeniesienie książki na ekran, ale Love, Rosie przebiło wszystko. Wizje autorki i reżysera tak odmienne jak dwa bieguny. Jak plazma i kineskop. Jak dywan i wykładzina. Jak... jak... ehhh.

Jeśli szukacie czegoś na wieczór z kadzidełkiem, wełnianymi skarpetkami i kubkiem herbaty, na którym widnieje przesłanie "mam chandrę" - polecam. Żadnych ambitnych przesłań, co wrażliwsi (lub z comiesięczną przypadłością) posmarkają w chusteczki, czy rękaw. Poczytacie, pomyślicie, uśmiechniecie się i... zapomnicie. Bo to historia jakich wiele.

Moja ocena: 4/6
Autor: Cecelia Ahern
Tłumaczenie: Joanna Grabarek
Wydawnictwo: Akurat, 2014
Liczba stron: 512

Przeczytane również w ramach wyzwania Klucznik

sobota, 7 lutego 2015

Zamek z piasku, który runął - czyli jak zanudziłam się na śmierć.

Zamek z piasku, który runął



Życie Lisbeth Salander znów zagraża śmiertelne niebezpieczeństwo. Mikael Blomkvist sięga w mroczną przeszłość Salander i rusza w pogoń za prawdą. Wywołuje tym samym trzęsienie ziemi w rządzie i służbach bezpieczeństwa.

Bardzo rzadko to robię - znaczy czytam kolejne części książki jedna po drugiej. Nie wiem właściwie dlaczego, może temu, że skoro zdecydowałam się na kontynuację jakiejś historii to znaczy, że była ona dobra. A dobro należy sobie dawkować. Kończąc te filozoficzne wstępy muszę z przykrością stwierdzić, że tym razem się przeliczyłam, a moje rozważania o dawkowaniu dobra trafił szlag.

Okej, mea culpa. Zachłysnęłam się historią Lisbeth Salander do tego stopnia, że po drugiej części liczącej stron siedemset - przeszłam z marszu do zachęcającej osiemsetki, czyli tomu trzeciego. Dodatkową atrakcją i dodatkiem do tytułu był autentyczny piasek pod biblioteczną okładką. Pewnie ktoś odpoczywał przy tej pozycji nad morzem, albo (co bardziej prawdopodobne) pilnował dziecka rzucającego w piaskownicy we wszystko, co się rusza. Myślałam nawet, że piasek jest gratis od wydawcy, ale nie - sprawdziłam - to tylko u mnie w bibliotece takie atrakcje.

Pierwsze strony utwierdziły mnie w przekonaniu, że dobrze robię, czytając to od razu. Rzecz dzieje się praktycznie w czasie bezpośrednio po zakończeniu części drugiej. Salander z kulą w głowie trafia do szpitala, oczywiście lekarz niczym Jezus czyni cuda i już wkrótce wiadomo, że nic a nic się nie dzieje. Kulka wyciągnięta (pozostałe dwie również) i komplikacji brak. Cóż, to jeszcze było ciekawe. Potem Lisbeth trafia na salę w szpitala, z której nie wychodzi przez... jakieś pięćset stron. Serio.

Ktoś zapyta No dobra, ale jak ona tam leży, to coś się chyba dzieje, nie? Otóż nie. No nie! Są oczywiście pojedyncze wątki - Blomkvist, prześladowanie Eriki, podrzucenie Salender palmtopa.... Ale obstawiam, że za kilka dni o nich zapomnę. Pięćset stron (może nawet więcej) impreza się rozkręcała poprzez poznawanie Sapo - służby bezpieczeństwa w Szwecji. Rany... zakopałam się po uszy w funkcjonariuszach, dyrektorach, dostawcach i wykonawcach, a od tych wszystkich szwedzkich nazwisk zaczęłam mieć zawroty głowy. Już na samo wspomnienie mi się odechciewa...

Po dwóch wieczorach, kiedy została mi większa połowa książki, zrobiłam sobie kawę mocną jak siekiera i postanowiłam, że tej nocy przebrnę przez całość. Udało się, ale nie powiem, że było łatwo. Historia Sapo mnie tak nużyła, że zastanawiałam się, czy nie czytać co piątą stronę... na jedno by wyszło.

Jedyną mocną stroną był moim zdaniem proces Salander, poprowadzony i opisany po mistrzowsku - w nim najbardziej wyczuwałam pióro Larssona z poprzednich dwóch części. Nie jestem jednak pewna, czy w przypadku tak obszernej lektury to wystarczy... cóż, na pewno zostawia dobre wspomnienia na koniec.

Ciężko ocenić tą książkę bez patrzenia na całość Millenium. Wyobrażam sobie, że ktoś, kto przez przypadek sięgnąłby tylko po trzecią część mógłby tym rzucić w cholerę po dwusetnej stronie. Będąc szczerą - sama byłam blisko. Powstrzymywała mnie tylko sympatia do Salander i chęć poznania wyników procesu. Ale Sapo, jego historia i członkowie to coś, co na pewno przekreśliłoby dla mnie chęć sięgnięcia po kolejny tom (gdyby takowy istniał). W każdym razie to dla mnie najgorsza część trylogii i może to dobrze - nie czuję wielkiego żalu, że kontynuacji po prostu nie ma...

Moja ocena: 2/6
Autor: Stieg Larsson
Tłumaczenie: Alicja Roseneau
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2009
Liczba stron: 784

Przeczytane również w ramach wyzwania Czytamy literaturę skandynawską i islandzką

wtorek, 3 lutego 2015

Dziewczyna, która igrała z ogniem - czyli czytaj i przepadnij.

Jak już wspominałam - nie jestem fanką kryminałów. Daleko mi do czytania Aghaty Christie, choć znam przewrotność swojej natury i wiem, że prędzej czy później sięgnę po książkę tej autorki. Nudzą mnie "ludzkie" morderstwa (takie, gdzie wiadomo, że zabójcą był człowiek), pościgi policyjne i długie śledztwa. A już na pewno nie znoszę wątków politycznych, korupcyjnych i malwersacji finansowych. Dlaczego więc sięgam po książkę, która mi prawie wszystkie te "rozrywki" zapewnia? Zwyczajnie zaufałam autorowi.

Dziewczyna, która igrała z ogniem


W drugim tomie trylogii kryminalnej Millenium śledzimy dalsze emocjonujące przygody dwójki bohaterów, Lisabeth Salander i Mikaela Blomkvista, których losy ponownie się splatają. Lisabeth na skutek niefortunnego zbiegu okoliczności jest podejrzana o popełnienie ciężkiego przestępstwa i ścigana przez policję. Mikael nie wierzy w jej winę i zaczyna prowadzić własne śledztwo. Zaczyna się dramatyczny wyścig z czasem...

Pierwszy tom Millenium to była dla mnie próba, czy przebrnę przez kryminał. Nie tylko przebrnęłam, ale zrobiłam to bardzo szybko, wręcz pochłonięta opisaną w nim historią. Gdyby tamta próba skończyła się dla mnie fiaskiem nie sięgnęłabym po tom drugi, a właściwie drugi i trzeci, bo wypożyczyłam obydwa razem. Po pierwszej części obejrzałam jej amerykański odpowiednik filmowy Dziewczyna z tatuażem i wściekła byłam bardzo, że tak uproszczono zakończenie. Mam w planach szwedzką ekranizację, ale to może dopiero jak skończę trylogię.

Opis Dziewczyny, która igrała z ogniem mnie osobiście nie zachęca. Ba, gdybym nie znała historii od początku, w życiu bym po nią nie sięgnęła. Czytając go mam wrażenie, że opisuje książkę - koszmar dla mnie. Morderstwa, afery i siedemset stron. W życiu. Jednak zafascynowana dalszymi losami Blomkvista i Salander zabrałam się za to tomiszcze. I bardzo dobrze zrobiłam.

Chyba każdy przyzna, że Lisbeth to postać, która zasługuje na miano kultowej. W pierwszym tomie Larsson rozbudzał ciekawość czytelnika jej osobą, podsycając to zaciekawienie pojawiającymi się, niby nieistotnymi szczegółami. W tomie drugim Salander gra pierwsze skrzypce. Zostaje obdarta z prywatności, a autor mistrzowsko prowadzi akcję tak, żeby nasycić się wolnym poznawaniem życiorysu tej zagadkowej dziewczyny. Lisbeth nabiera realnych kształtów ( i nie mówię tu o operacji piersi, którą sobie zafundowała), tajemnicza aura jej osoby opada strona po stronie.

Mikael tym razem, choć na końcu odgrywa ważną rolę, stoi trochę z boku. Zostaje postacią drugo- lub nawet trzecio-planową. W głowie tworzy mi się film, widzę jak ich role się odwracają i bardzo się z tego cieszę. Bo polubiłam Salander od początku.

Nie jest to typowy kryminał. To raczej powieść sensacyjna, z wątkami kryminalnymi i dynamiczną akcją. Czyli coś, czego nienawidzę :) A jednocześnie mam świadomość, że czytałam coś, po co w przyszłości znowu sięgnę - a tak robię tylko z nielicznymi, bardzo dobrymi książkami. Na czym więc polega fenomen powieści Stiega Larssona?

Nie wiem czy potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Z jednej strony czytam o rzeczach, które normalnie kompletnie mnie nie interesują. Z drugiej lecę z kartkami w tempie wyszukiwarki Google, żeby już, już! wiedzieć co będzie dalej. Wysnuję jednak przypuszczenie, że to Lisbeth Salander jest siłą napędową tych książek. Oderwana od współczesności, z niebywałą inteligencją i setką zagadek sama w sobie tworzy strony tej historii. Chcesz wiedzieć, czy jej się uda, co jeśli nie? Może dlatego nawet wstawki z policyjnych raportów nie nudzą, szukasz w nich nazwiska Salander, rozwiązujesz sprawę razem z nimi i masz ochotę krzyknąć Weźcie ruszcie mózgownicami, to nie ona patałachy!

 Nie ma co się rozpisywać o treści książki. Szczerze? Jest tego niewiele. Tak, wiem dość dziwnie to brzmi, kiedy mówi się o pozycji złożonej z siedmiuset stron. Ale serio. Rzecz tyczy się wmieszania Lisbeth w morderstwo, dochodzenie w tej sprawie odkrywa całemu światu jej tajemnice. I tyle. Nudne? Broń Boże. Jedna z ciekawszych książek, które czytałam w ostatnim czasie. Sekret tkwi w tym, że wkraczając w świat Lisbeth Salander ciężko z niego wyjść. Chłoniesz informacje jak gąbka i chociaż cały już od nich napuchłeś - chcesz jeszcze. A Stieg Larsson podaje Ci je na tacy.

Moja ocena: 5/6
Autor: Stieg Larsson
Tłumaczenie: Paulina Rosińska
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2009
Liczba stron: 704

Przeczytane również w ramach wyzwania Czytamy literaturę skandynawską i islandzką.

czwartek, 29 stycznia 2015

Kurz, pot i łzy - książka dla twardzieli.

Nie jestem szczególną fanką programów telewizyjnych żadnej maści. Właściwie poza bajkami w TV od długiego czasu nie oglądam nic. Kiedyś lubiłam Wojny magazynowe i Łowców promocji - to pierwsze, bo uwielbiam graty wszelakie, to drugie, bo zawsze otwierałam ze zdziwienia oczy, kiedy z 1500 dolców za zakupy robiło się 50 dolców. Bo jakaś Amerykanka wycięła pierdylion kuponów z gazetek, a później trzymała zapas papieru toaletowego na najbliższe tysiąc lat. A nóż się przyda dla setnego pokolenia. Kilka razy trafiłam na Szkołę przetrwania i faktycznie mnie wciągnęło. Facet jadł robaki, łaził po bagnach z krokodylami i spał w namiocie przy północno-biegunowej temperaturze. Fajnie się to ogląda siedząc z kakaem pod kocykiem, choć co wrażliwsi mogą kakao zwrócić. W każdym razie Bear Grylls wydał mi się inspirującą postacią, o której warto poczytać. I tak w Taniej Książce trafiłam na:

Kurz, pot i łzy



Niezwykła historia życia najbardziej nieustraszonego człowieka na świecie!
Znany i uwielbiany przez miliony - czy to za sprawą ogromnie popularnych programów telewizyjnych, czy jako autor bestsellerów - Bear Grylls przetrwał w najbardziej niegościnnych zakątkach Ziemi. Tym razem mistrz survivalu opowiada historię swego wyjątkowo intensywnego życia.

Przede wszystkim jedna sprawa - gdyby nie promocja, w życiu nie kupiłabym tej książki w cenie regularnej (49,90zł). Rozumiem, że to wydanie z twardą okładką i kolorowymi zdjęciami, ale miałam wrażenie, że trafiłam na pozycję dla prawdziwych fanów autora. Teoretycznie powinnam się tego spodziewać po opisie, jednak trochę inaczej sobie to wyobrażałam.

Książkę można streścić krótko - przodkowie, dzieciństwo, szkoła, SAS, Mount Everest, małżeństwo i dzieci. Nie zrażajcie się jednak. To co się działo, zanim Grylls został TYM Gryllsem jest bardzo inspirujące i wręcz niewiarygodne. Dowodzi siły nie tylko fizycznej, ale przede wszystkim psychiki ze stali. No bo kto z nas, skacząc ze spadochronu i łamiąc kręgosłup w trzech miejscach by się nie załamał? Cóż, nie Grylls. Mało tego - wyszedł z tego skubany tak silny, że wszedł na pewną znaną górkę zwaną Everestem. Chyba o niej słyszeliście.

Kilka rzeczy mocno mnie zdziwiło. Pomijając już wspomniany wypadek i wspinaczkę w Himalajach, nie wiem czy wiecie, ale prawdziwe imię Gryllsa brzmi ... Edward. Ja nie wiedziałam. I nijak mi to do niego nie pasuje:). Kolejna sprawa - Bear jest bardzo wierzącym Katolikiem. Modli się i powierza życie Bogu przed, w trakcie i po każdej niebezpiecznej akcji. No i ostatnia sprawa - ten człowiek naprawdę jest synonimem odwagi. Wiele można podać przykładów, jednak ten, ze wspominanej już wspinaczki na Everest zapamiętałam najlepiej:

Lód jeszcze raz pękł za mną, po czym bez najmniejszego ostrzeżenia najzwyczajniej runął w dół, a ja wraz z nim. Spadałem w czarną rozpadlinę w lodowcu, która zdawała się nie mieć dna. Nagle walnąłem w szarą ścianę szczeliny. Siła uderzenia odbiła mnie w drugą stronę, przygniatając do lodu bark i rękę. A potem, z gwałtownym szarpnięciem, zatrzymałem się, wisząc na cienkiej linie, do której dopiero co się przypiąłem.(...) Cały czas spadają na mnie odłamki lodu. Jeden większy rozbija się o moją głowę, aż mi odskakuje do tyłu. Na kilka cennych sekund tracę przytomność(...)

A potem z pomocą przyjaciół udaje się go wciągnąć na górę. Z rozwalonym barkiem i ręką płacze po cichu w nocy w bazie. A rano się zbiera i idzie dalej. Ma dwadzieścia trzy lata.

Trochę mnie denerwowała część o SAS ( Special Air Service). Owszem, trening przygotowawczy, selekcja i testy to morderczy wysiłek, niesamowicie bolesny pod każdym względem i czapki z głów dla rekrutów. Jednak kiedy Bear dochodzi do najciekawszej części - realistycznej symulacji porwania przez terrorystów- okazuje się, że jednak niczego konkretnego nie może zdradzić, bo podpisał klauzulę poufności. I najciekawszy moment szlag trafił....

Muszę też wspomnieć o stylu pisania autora. Napisał jedenaście książek, w tym dwa bestsellery, jednak śmiem twierdzić, że nie zawdzięcza tego lekkiemu pióru.. Cóż, pisze prosto i z sensem, jednak brakowało mi "tego czegoś". Mało humoru - choć sytuacji humorystycznych masa! W końcu oświadczył się nago na plaży, a zanim to zrobił, jego i narzeczoną zmyła fala. Prosił ojca przyszłej żony o błogosławieństwo w krawacie i krótkich spodenkach. Żeby odpalić motorower musiał na nim zjechać z górki koło domu, jak się nie udało, to musiał wpychać go pod górę dwieście metrów i próbować jeszcze raz. Wiele zabawnych momentów, jednak Bear niezbyt się na nich skupiał i jakoś ten humor ulatywał. Rozumiem, że to książka o czym innym, ale trochę śmiechu w tym pocie by nie zaszkodziło.

Miałam trochę inne wyobrażenie o tej książce, jednak nie byłam specjalnie zawiedziona. Nawet jeśli ktoś nie jest wielkim fanem Gryllsa i aktywności fizycznej - znajdzie tutaj inspirującą opowieść o człowieku brnącym pod górę mimo przeciwności losu i niejednokrotnych porażek. Jest to historia motywująca, popychająca do działania, ukazująca niezwykłą odwagę i siłę zwykłego człowieka. Bear Grylls pokazuje, że to nie mięśnie czynią z nas siłaczy i robi to naprawdę przekonująco. Mimo stylu pisania autora - który mnie nie zachwycił, chętnie sięgnę po jeden z jego bestselllerów. Choćby tylko po to, by poczytać o jego niesamowitym świecie pełnym przygód.

Moja ocena: 4/6
Autor: Edward Michael "Bear" Grylls
Tłumaczenie: Arkadiusz Belczyk
Wydawnictwo: Pascal, 2011
Liczba stron: 410


sobota, 24 stycznia 2015

Złodziejka książek - czyli nie sugeruj się innymi, póki sam nie sprawdzisz.

Często zdarza się Wam, że mówicie : Nie czytałam jeszcze, ale ponoć świetna, wszyscy polecają! ? Mi się zdarzało. Ale kilka razy dostałam nauczkę, bo nagle "świetna" książka okazywała się nie do przebrnięcia, a ta, która była "nie warta zachodu" zapadała w pamięci najbardziej. Nie wiem, czy to tylko moje odczucie, ale często moje recenzje bywają skrajnie różne od większości czytelników. Tym razem - choć mogę zostać zrugana - będzie podobnie...

Złodziejka książek


Liesel Meminger swoją pierwszą książkę kradnie podczas pogrzebu młodszego brata. To dzięki "Podręcznikowi grabarza" uczy się czytać i odkrywa moc słów. Później przyjdzie czas na kolejne książki: płonące na stosach nazistów, ukryte w biblioteczce żony burmistrza i wreszcie te własnoręcznie napisane... Ale Liesel żyje w niebezpiecznych czasach. Kiedy jej przybrana rodzina udziela schronienia Żydowi, świat dziewczynki zmienia się na zawsze...


Może to, co teraz napiszę, zabrzmi bezdusznie, ale nie poruszyła mnie ta książka. Oczekiwałam wybuchów emocji - czytałam z męką brnąc przez kolejne strony. Wiem jednak dlaczego..

Tematyka Holocaustu jest jedną z moich "ulubionych" (tak, wiem, to złe słowo w tym przypadku) w literaturze. Dużo powieści osadzonych w tych czasach przeszło przez moje ręce. Czytając Złodziejkę - mimowolnie je wszystkie porównywałam. Ciągle jednak wracała jedna z tych książek - Dziewczynka w czerwonym płaszczyku. I kiedy czytam na okładce "Odwaga, wobec której brak słów" , to sobie myślę, że autor nie widział jeszcze prawdziwej odwagi (czy też wydawnictwo- bo to pewnie ich slogan). Roma Ligocka w Dziewczynce  (a to powieść autobiograficzna!) pokazała mi czym jest odwaga. Rzucenie Żydowi chleba, ukrywanie go w piwnicy czy kradzież książki nie zrobiła na mnie wrażenia. Miałam w pamięci rodzinę, która we własnym mieszkaniu pozwalała mieszkać małej Romie i jej mamie przez długi czas. Tworząc namiastkę normalnego życia. Nie wymyślając miejsca, które zapewni niewidoczność, tylko wymyślając wiarygodną historię, która pozwoli im tam zostać.  Nie umniejszam zasług rodziny Liesel - ale ta opowieść, nawet jak na fikcję literacką - nie była dla mnie szczytem heroizmu.

Kolejna sprawa to narracja. Zaczęło się ciekawie, inaczej - a ja lubię "inne" rzeczy. Jednak po pewnym czasie zaczęło mnie to męczyć. Co z tego, że Śmierć okazała się ludzka i głosząca piękne frazesy. Nagle, z pompatycznego stylu wskakujemy w głupi humor, kompletnie nie na miejscu, nawet jeśli dla Śmierci śmierć to tylko robota:

Cholerna kosa, a niech ją. Powinienem sobie sprawić miotłę albo mopa. No i wyjechać na urlop.

Wszystko fajnie, ale cholera, takie dość prymitywne wstawki kompletnie psuły mi nastrój tej powieści. No i rzecz, która schrzaniła mi całość - zdradzenie zakończenia. Serio? Podobała mi się innowacja w sposobie prowadzenia słowa, ale wyskoczyć z zakończeniem w połowie książki? Miałam ochotę walnąć tym tomem o ścianę. Ciągle liczyłam, że Śmierć kłamała może, że będzie zwrot akcji, że zlituje się nad ludźmi, którzy na końcu giną. Ale nie. W głębi wiedziałam, że już po ptokach i kiedy doszło do punktu kulminacyjnego - czytałam bez większych emocji. Zastanawiałam się, dlaczego ludzie czytając to płaczą. Przecież wiedzieli, co się stanie. Śmierć, choć zwykle zjawia się nieuprzedzenie - tym razem uchyliła rąbka tajemnicy. Czy odwaga Liesel to było spojrzenie w oczy zmarłym?

Dwie kwestie w tej książce wydają mi się najbardziej wartościowe. Przede wszystkim słowo. Potęga słowa. Ukazanie tego, jak słowem można zabić i przywrócić do życia. Wartość słowa pisanego i mówionego. Książki, które tak w dzisiejszych czasach lekceważymy stają się w tej powieści marzeniem kolekcjonowanym z największą starannością. Nikt dziś nie traktuje książek tak jak traktowała je Liesel - dlatego, że mamy do nich nieograniczony dostęp.
I druga sprawa - nie odwaga, lecz siła bohaterki. Czy można przeżyć za dużo? Jeśli tak, to ona przeżyła. Mimo wszystko jednak była Niemką, była bezpieczna. Kolejny raz myślę tutaj o Romie Ligockiej - małej Żydówce, której prawie spalono włosy, żeby tylko było jasne. Żeby choć na chwilę mogła wyglądać jak aryjskie dziecko. I nawet jeśli ktoś stwierdzi - jakie bezpieczna, jak bomby, wojna itd? Tak, te same czasy, dwie małe dziewczynki, ale jedna wyciągnięta spod gruzów przez Niemców, druga symbolicznie przez te gruzy i przysypana. Roma nie mogła zaufać nikomu. Liesel mogła liczyć na ludzką pomoc.

Zawiodłam się na tej książce. Liczyłam na wiele po opiniach, które przeczytałam. Jednak znając wydarzenia od polskiej strony, od strony getta i Aushwitz, czułam się jakby autor chciał mnie zaszokować czymś, co poznałam już w skali dziesięciokrotnie większej. Nie przeczę, że ta opowieść porusza serca. Ja jednak ciągle miałam z tyłu głowy opowieści prawdziwe, bardziej drastycznie, przy których łzy płynęły niewymuszenie. Złodziejkę książek zapamiętam jako nieudaną próbę oddania ogromu tragedii i całkiem udane oddanie hołdu słowu.


Moja ocena: 3/6
Autor: Markus Zusak
Tłumaczenie: Hanna Baltyn
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia, 2008
Liczba stron: 496

Przeczytanie również w ramach wyzwań Klucznik i Stare dobre czasy.

 

wtorek, 20 stycznia 2015

Dzwoneczek i bestia z Nibylandii - jak Król Lew stracił na wartości.

Macie swoją bajkę dzieciństwa? Moją był Król Lew. Nie skłamię, jak powiem, że obejrzałam go na "wideło" dziesiątki razy, bo znałam na pamięć KAŻDĄ kwestię. Z resztą do dziś większość z nich zaprząta mi głowę, tak mocno się wyryły. Potem był Król Lew 2, ale już tak nie wzruszał, to był konik sąsiadki - i tak jako sześcio- siedmiolatki "biłyśmy" się na kwestie z obu części. Taki ówczesny freestyle;) W każdym razie Król Lew został zapamiętany jako najbardziej emocjonalna bajka mojego dzieciństwa, a śmierć Mufasy opłakiwało miliony ludzi na świecie (tych dużych i małych). Nie sądziłam, że coś mnie jeszcze tak ruszy. Do czasu...

Dzwoneczek i bestia z Nibylandii



Przede wszystkim - jeśli jesteś mięczakiem - nie oglądaj tej bajki. Zapowiada się nudno, bez szczególnych zwrotów akcji, ale to tylko pozory. Jeśli wzruszył Cię Król Lew - tutaj będziesz wył jak bóbr. Ja wyłam. I mąż też. I nasza prawie trzylatka. Ale o tym za chwilę.

Pierworodna od kiedy zobaczyła Dzwoneczka i jej kumpele pierwszy raz - zapałała do nich miłością bezgraniczną. Było to na krótko przed jej drugimi urodzinami, to też w tym szczególnym dniu zaplanowaliśmy dla niej małą niespodziankę. Bo wielkim hurra masz już dwa latka, odśpiewaniu urodzinowej przyśpiewki i zgaszeniu świeczek przyszła pora na szukanie prezentu. W starym pniu, który w jej wyobraźni stał się kwaterą wróżek, ukryliśmy postaci tych najważniejszych pięciu. Co to była za radość, kiedy je znajdowała! Długo były tymi ulubionymi, zabieranymi wszędzie, najbardziej ufajdanymi zabawkami. Czasem je porzucała dla innej miłości, ale szybko przekonywała się, że jednak chce wrócić. I tak mijał czas z wróżkami.

Nie było wątpliwości, kiedy zobaczyliśmy zwiastun kolejnej części przygód latającej świty - trzeba iść do kina! Miało to być pierwsze zetknięcie się z dużym ekranem dla Cyśki. Trochę się bałam, czy "wysiedzi" (co za głupie słowo, od razu myślę o kurze i jajkach), ale kiedy tylko film się zaczął - hipnoza zadziałała. Co tam, że dzieciaki wrzeszczały, rzucały popcornem i biegały co pięć minut tam, gdzie każdy jest królem. Oglądaliśmy.

Kiedy Jelonka - tak znam imiona ich WSZYSTKICH - wlazła z wrodzoną ciekawością do jaskini, gdzie spała "bestia", wśród zgromadzonych nisko-wzrostowych przeszedł pomruk strachu. I schodziła.... (tu budowanie napięcia)... schodziła... Aż pojawił się on. Na co Cyśka z entuzjazmem i czułością: Przecież to ciciuś! No tak. Kotek. Ogromny, włochaty, z oposowym ogonem, ale niech będzie - kotek. Kotek ten mówić nie potrafił, co można uznać za mało zachęcające, jednak nadrabiał mruczeniem we wszystkich skalach. Z tej okazji został odkrywczo nazwany przez Jelonkę Mrukiem. I tak sobie wróżka z bestią-kotkiem spędzali czas na pluciu (to akurat ten drugi) i przyklejaniu na tę ślinę kamieni (to już oboje). Każdy ma jakieś hobby, nie...?

Nadeszła jednak ta chwila, która zawsze w bajkach nadchodzi, wszystko się rypie, żeby potem dobrze się skończyć. Otóż, cholera, nie. Nie w tej bajce. Owszem - rypnęło się. Mruk miał okazać się bestią, która w pewien złowieszczy sposób ma zgładzić Przystań Elfów (to wioska latających). Potem się okazuje, że to wcale nie jest tak, że czytający pradawne legendy się machnęli przy interpretacji. Punkt kulminacyjny, wszyscy zaciskają zęby, jeden z głównych bohaterów już nie żyje... ale jednak przeżył, wszystko ma się dobrze skończyć iiiii dupa! TERAZ MAŁY SPOILER - bestia musi odejść. Nie powiem jak, bo nie zdradzę zakończenia, ale to jest moment, kiedy wyciągacie chusteczki i udajecie, że w kinie gorąco, aż się oczy pocą. Nam się spociły.

Myślałam, że to tylko ja powstrzymuję szloch ruszając brzuchem jak przy czkawce. Miałam małą na kolanach, nie chciałam rozpraszać widza. Nagle patrzę - a ona cała we łzach odwraca się, żeby się przytulić. No to ja tym bardziej w bek, patrzę w prawo a tam zaryczany tatuś. No, tośmy pokazali :) Reszta dzieciaków o dziwo znudzona, dla nich wszystko jest ok, wróżki żyją, mają Przystań - można iść do domu. A my jak te trzy sieroty sami na napisach zostaliśmy...

Nie licząc wielkiego wzruszenia, bajka pozwoliła mi zobaczyć, jak wrażliwe i empatyczne mam dziecko. Nie spodziewałam się takiej reakcji po (prawie) trzylatce. Są jednak minusy wyboru tego seansu - młoda stwierdziła, że już do kina nie pójdzie, bo tam się płacze. Nijak nie szło jej przekonać, że kolejnym razem wybierzemy coś zabawnego. W każdym razie ten dzień zapamiętam jako naukę o emocjach i degradację Króla Lwa z pozycji największego wyciskacza łez.

czwartek, 15 stycznia 2015

Lodowa pułapka - opowieść o sile .... antykoncepcji.

Od wczoraj w internecie huczy od komentarzy na temat ustawy pozwalającej na zakup pigułki "po" bez recepty. Z jednej strony pełne poparcie, z drugiej głosy sprzeciwu dla zabijania zarodków, To z kolei prowadzi do dalszych, medycznych dyskusji - lekarze twierdzą, że zanim komórka jajowa połączy się z plemnikiem, nie możemy mówić o żadnym nowym życiu. Twierdzą, że pigułka "po" to tylko środek antykoncepcyjny. Co ja myślę? Wolę ogólnodostępną pigułkę, niż wzrastający odsetek podziemnych aborcji, porzucanych noworodków i głośnych porzuceń. Nie twierdzę, że pigułka jest rozwiązaniem, nie twierdzę, że zniesienie recept na nią jest jednoznacznie dobre. Moim zdaniem to mniejsze zło. Żeby jednak ostudzić gorącą atmosferę - książka. W której antykoncepcja odgrywa kluczową rolę:

Lodowa pułapka



Kiedy ludzie żyją w ekstremalnych warunkach, mogą być zdolni do wszystkiego...
Kobieta o sercu tak zimnym, że dla zemsty jest gotowa wykorzystać własne dzieci...
Mężczyzna, który musi zmierzyć się z pułapkami własnej przeszłości...


Książkę capnęłam w ostatniej chwili, przed wyjściem z biblioteki. Pomyślałam o wyzwaniu Klucznik i śnieżnej okładce. Pobieżnie przeczytałam opis i - o dziwo - nawet mi się spodobał. Ucieszona tym przypadkowym łupem kilka dni później wzięłam się za czytanie. O mamusiu jak tego żałuję...

Nastrojowy i głęboko wzruszający dramat rodzinny - oto co możemy przeczytać na okładce. Ja się pytam "Really??". Czytając nastrojowy, myślę - kominek (taki z ogniem, nie bloger :P ), święta, świeczki, prószący śnieg. Co dostaję? -50C i biegun północny, gdzie ludzie tracą palce z mrozu, a hipotermia to najczęściej leczona przypadłość u lekarza pierwszego kontaktu. Głębokie wzruszenie? Raz. Jak trzeba było podać psu silny narkotyk, żeby dokończył swego żywota. To wzruszenie zajęło cały jeden akapit w książce. Może wystarczy, żeby umieścić go na okładce. Dramat rodzinny? Hmmm.. Tak. Ale nie w sposób, jaki sobie wyobrażacie. Let's see:

Roześmiała się i biorąc go za ręce, położyła je z powrotem w talii. Przytknął głowę do jej brzucha. Burczało w nim z głodu. Przystawił ucho, żeby lepiej słyszeć. W tych dźwiękach była jakaś potężna ziemska siła, odległy grzmot i błyskawica, erupcja wrzącej lawy, szum bezkresnych lasów, jakby ukryła w sobie mały wszechświat. Zupełnie osobne miejsce - egzotyczne, fascynujące i zakazane.Pragnął się tam znaleźć, w środku niej, wtargnąć ciałem w jej sekretny kosmos.

Klawo, nie? Tak pięknego, przepełnionego epitetami opisu burczenia w brzuchu jeszcze nie czytałam. Sam Mickiewicz spłonąłby rumieńcem, że nigdy na to nie wpadł. W dodatku jak to burczenie pobudziło zmysły Dafydda!

No właśnie - Daffyd. Pomijając fakt, że mógłby to być po prostu Davidem, mamy tutaj do czynienia z mężczyzną dość ciekawym. Z jednej strony lekarz, który na kacu wycina dziecku zdrową nerkę i ucieka przed konsekwencjami na praktykę wiele kilometrów od domu. Wstyd. Z drugiej, tak szybko odnajduje się w nowym otoczeniu, że nawet -50C nie przeszkadza mu w uciechach seksualnych z prawie każdą chętną. Raz nawet podniecają go zwłoki. Serio.

I właśnie te żądze Daffyda doprowadzają do głównego punktu opowieści, czyli listu od domniemanego dziecka bohatera, które ma trzynaście lat i brata bliźniaka. Czyli dwoje dzieci. Potem przechodzimy przez wspomnienia doktorka, listę prawdopodobnych zapłodnień, rozłam małżeństwa i w końcu - wycieczkę w dawne strony.

Czytając tę historię nie wiedziałam czy się śmiać, czy płakać. Opowieść na poziomie Mody na sukces, gdzie każdy sypia z każdym, co prowadzi do tego, że nawet wmówienie gwałtu staje się prawdopodobne. W końcu tyle tych kobiet było, że można się pogubić, z którą się spało, prawda? Początek mnie zachęcił, wtrącił się klimat indiańskich szamanów i bezkresów północy... Gdyby tylko autorka na tym się oparła - książka mogłaby być godna polecenia.

Myślę, że ten debiut pisarkę trochę przerósł. Chciała stworzyć ambitną książkę, z wątkiem prawie kryminalnym, w zamian wyszła komedia przez łzy, której przeczytanie staje się prawdziwym dramatem. Straciłam kilka wieczorów, choć czekają na mnie o wiele bardziej interesujące powieści. Rzadko się jednak poddaję, dobrnęłam do końca i pomyślałam sobie Czy ten facet nie wie, że istnieje antykoncepcja? Okazało się, że wie. Jednak ciągnąc poziom opery mydlanej - nawet ona zawiodła. I dzieci było więcej...

Moja ocena: 1/6
Autor: Kitty Sewell
Tłumaczenie: Renata Gorczyńska
Wydawnictwo: Świat Książki, 2009
Liczba stron: 416


Przeczytane również w ramach wyzwania Klucznik i Czytamy literaturę skandynawską i islandzką.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Apetyt - czyli rzecz o tym, jak się przejadłam.

Zawsze lubiłam jeść czytając. Uwielbiałam! I mam tak do teraz. A już tym bardziej, kiedy bohaterowie książki też coś jedli. I wiem nawet po kim to mam. Jako nastolatka schodziłam czasem w środku nocy do kuchni, żeby wyszperać w lodówce coś pod lekturę i w drzwiach mijałam tatę, który właśnie wracał z bułką i kiełbasą. Teraz tata słucha audiobook'ów, ale dalej konsumuje w trakcie, wiem to ;)
I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że zniknęła przemiana materii, która pozwalała nastolatce wrzucać w siebie kilogramy niezdrowego żarcia o trzeciej w nocy. Teraz trzeba uważać, miarkować się.... Jezu, jakie męki człowiek przechodzić musi! A co dopiero przy takiej książce jak ta....

Apetyt



W XV- wiecznej Florencji, mieście zmysłów, każdy jest artystą. Młody Leonardo da Vinci uczy się mieszania pigmentów, a Nino Latini łączy cynamon, pieprz, gałkę muszkatołową i wanilię. Jego daniom nie potrafią się oprzeć Medyceusze, kardynałowie, a nawet sam papież.
Kiedy ukochana Tessina zostaje zmuszona do ślubu z podstarzałym arystokratą, Nino zatraca się w pracy. Obłędne uczty, rozpustne kurtyzany, potrawy, które mącą zmysły - tylko on potrafi wyczarować spektakl, który zachwyca od Florencji aż po Rzym.
Ale raz rozbudzony apetyt nie da o sobie zapomnieć. Tak jak pierwsza miłość, której nie nakarmią same wspomnienia. Jeśli droga do serca wiedzie przez żołądek, Nino użyje najwykwintniejszych smaków, by ją odzyskać.

Wystarczyło mi pierwsze zdanie opisu, żeby mieć chęć na tę książkę. Jak już wspominałam renesans we Włoszech to czas. który szczególnie mnie w książkach ujmuje. Tutaj trochę przeraził mnie fakt, że książkę poleca... kucharz. Z całym szacunkiem dla pana Wojciecha Modesta Amaro (czy też po swojsku Wojciecha Basiury ), ale... cholera, przecież to nie książka kucharska, prawda? Cóż, zrozumiałam nieco później, że kucharz, który rekomenduje tą książkę, to chyba jedyna właściwa osoba na tym miejscu... 

Zrozumiałam, że mam problem, kiedy pierwszego dnia z tą książką, o godzinie dwudziestej trzeciej, czasu polskiego, wrócił z pracy mój mąż. Zamiast zwyczajowego cześć - usłyszał zrobisz mi coś do jedzenia?. I tak leżałam w łóżku, obok stos kanapek, a dieta noworoczna została tylko wspomnieniem.

Do rzeczy jednak! Nino Latino, jako główny bohater nie zdobył mojego serca. Wręcz przeciwnie. Po stu stronach książki, zaczynałam być lekko znużona ciągłym jego gotowaniem i opisem WSZYSTKICH składników, do WSZYSTKICH potraw. Po dwustu stronach zaczęłam się irytować (przy czym ciągle jadłam i jadłam)... Kiedy jednak przeczytałam trzysta stron miałam serdecznie dość i z utęsknieniem oczekiwałam końca tej lektury. To nie tak, że sam Nino był nudny, broń Boże. Autor bardzo się postarał, żeby jego zachowania szokowały już od pierwszych stron książki:

Matka umarła w przeddzień moich czternastych urodzin. Przyglądałem się, jak łapie ostatni, głęboki, drżący oddech. (...) Dotknąłem wargami żył wybrzuszających grzbiet jej dłoni i zrobiłem to co zawsze: polizałem i posmakowałem skóry.(...) I pewnie rozczaruję was, kiedy powiem, że śmierć nie ma smaku.

Mamy więc do czynienia z chłopcem, który owładnięty nad wyraz rozwiniętym zmysłem smaku - liże wszystko wokół. Tak, wiem, groteska - sama też to tak odebrałam. I choć bardzo chciałam dopatrzeć się w tym głębi, nijak nie mogłam. No bo jak, kiedy on liże zwłoki matki, mur kościoła, łóżko czy kawałek drewna. Gdyby autor brnął w to do końca, rozwinął talent Nina, a nie zamknął go tylko w byciu świetnym kucharzem - może bym to doceniła. A tak, mamy tutaj niezły zalążek interesującej opowieści, który umiera... w zalążku właśnie. 

Cała interesująca fabuła mogłaby się zmieścić w jednej trzeciej ilości stron. Reszta to jedzenie. Dużo jedzenia. Przepisy, składniki, przyrządzanie... Nie żebym miała coś do jedzenia! Ale kiedy na kolacji u kardynała pojawiają się kurtyzany ( ładne słowo, nieprawdaż?) i wychodzą wszystkie tajemnice kleru w tamtych czasach - na prawdę nie mam ochoty czytać trzech stron o tym, jak zrobić najlepszą wołowinę ever. Albo kiedy Nino urządza ucztę weselną dla swojej ukochanej - tylko serce z jego własnej krwi w ciastku Tessiny wydaje się interesujące. Jednak, żeby o nim przeczytać, muszę poznać skład WSZYSTKICH potraw na stole.

Takie właśnie drobne sprawy czyniły tą książkę, mimo wszystko, zdatną do czytania. Smakowanie moczu kardynała, kiedy Nino zostaje jego dietetykiem, czy wąchanie jego gazów.. Obstawiam, że gdyby dietetyk zajmował się tym do teraz, nie byłoby tylu chętnych do nauki zawodu. Scena walki, kiedy Nino prawie umiera - najlepsze dwie strony w książce, nieomal tam byłam! Dowiedziałam się też o istnieniu latającego ciasta - czyli ciasta z żywym (jeśli się udało) środkiem. Zamykano w nim ptaki, które po części się dusiły, po części gotowały, a te co przeżyły - zabijały się o okna i ściany wylatując z rozkrajanych słodkości. Wszystko oczywiście w otoczce latających odchodów i piór. Pychota! Poznałam także zioła, którymi narkotyzowano się w czasach renesansu i choć sproszkowany srom łani nie brzmi zachęcająco - wtedy święcie wierzono, że jest najlepszym afrodyzjakiem i lekiem na potencję.

Doceniłam rys historyczny, nową opowieść o Medyceuszach, którą odkrywam w wielu książkach - za każdym razem ciesząc się z wyobraźni autora. I tak bohater, który towarzyszył mi ostatnio przy okazji czytania Uśmiechu Lisy - pojawia się tutaj, je ucztę z papieżem, a następnie zostaje zamordowany. Urok książek historycznych. Opis wykopywanych zwłok i ciągnięcia ich ulicami Florencji może doprowadzić co wrażliwszych do zwrotu spożywanych pokarmów, ale i ten opis doceniłam ;)

Zdecydowanie nie jest to książka dla każdego. Nawet wytrwały miłośnik renesansu włoskiego, który nie ma problemów z kulinarnymi opowieściami może się zmęczyć. Znudzić. To raczej powieść dla tych, którzy oprócz miłości do zjadania (to ja), pałają też miłością (najlepiej wielką) do gotowania. Ja się tym wszystkim przejadłam, dosłownie i w przenośni. Mój renesansowy zapał został skutecznie ostudzony przez gorące dania serwowane ciągle i ciągle... i ciągle. Ta opowieść pewnie by mnie porwała, gdyby ktoś mi wyciął większą połowę tych kuchennych rewolucji... a może najlepiej wszystkie?  Nie było tragedii, ale jeśli zasypiam po dwudziestu minutach z książką - znaczy, że najwybitniej też nie jest. Przynajmniej dla mnie i mojego żołądka. Wynoszę z tej powieści kilka ciekawostek, nieufność do książek sygnowanych nazwiskami kucharzy i... jakieś kilo wagi więcej.

Moja ocena: 2,5/6
Autor: Philip Kazan
Tłumaczenie: Urszula Woźniakowska
Wydawnictwo: Znak, 2014
Liczba stron: 576

Przeczytane również w ramach wyzwania Klucznik.

wtorek, 6 stycznia 2015

Nasze szczęśliwe dni - o tym, jak wzbudzić szereg emocji w kobiecie.

Choć z natury jestem chłopczycą, miewam takie nastroje, co to zmuszają człowieka do przemyśleń i tkliwych sentymentów. Wtedy najczęściej zmuszam męża do towarzyszenia mi w oglądaniu durnej komedii romantycznej czy łzawego melodramatu. Jak typowa baba - brakuje tylko litrowego pudła z lodami i dziesięciu tabliczek czekolady. Tej łaciatej. Albo z orzechami... zwykłej, mlecznej nawet. Ok, wróć, dieta, postanowienia noworoczne, te sprawy.
W każdym razie przy takim nastroju, kiedy poślubiony odmawia nam uczestniczenia w ckliwym spektaklu smarkania w papier toaletowy (bo taniej niż w chusteczki), a same oglądać filmu nie chcemy - zostają książki. Kocyk, kubek czegoś rozgrzewającego, dresy stare jak świat i grube skarpetki. Jak bez diety to dołożyć słodkie. Dużo słodkiego. Tylko nie mówić, bo ci na diecie się wkurzają.

Nasze szczęśliwe dni



Kiedy Isabelle miała siedemnaście lat, zakochała się wbrew rodzinie i panującym zwyczajom. W latach trzydziestych XX wieku takie uczucie było nie tylko zakazane, ale i niebezpieczne. Isabelle nie chciała jednak kierować się rozsądkiem. Robert był miłością jej życia.
Teraz, po latach, Isabelle musi powrócić do rodzinnych stron. W podróży towarzyszy jej fryzjerka Dorrie. W miarę jak kobiety się coraz bardziej zaprzyjaźniają, Isabelle wyjawia tajemnice ze swojej młodości...

Miałam mieszane uczucia sięgając po tę książkę. Z jednej strony lubię klimat początków XX wieku w Ameryce. Zawsze kojarzy mi się z werandami pomalowanymi na biało i jabłecznikiem. Z drugiej strony obawiałam się płytkiej opowieści, kolejnej próby przeniesienia Romea i Julii w czasy bardziej współczesne. Cóż, dałam się zaskoczyć.

Na samym początku zwróciłam uwagę na "filmowość" tej pozycji. Znaczy to tyle, że dzięki barwnym (ale nie przesadzonym) opisom , mogłam tworzyć sobie w głowie film, klatka po klatce. Wiecie, to jedna z tych książek, kiedy wyobraźnia sama podsyła cały obraz, nie trzeba się nawet zbytnio nad tym zastanawiać.

Narracja jest prowadzona dwuosobowo. Wspomnienia Isabelle przeplatają się ze współczesnym życiem jej i Dorrie. Muszę tutaj wtrącić, że postać Dorrie moim zdaniem została dodana przez autorkę w celu budowania napięcia. Owszem, staje się istotnym człowiekiem w życiu Isabelle, jednak krótkie rozdziały, których jest bohaterką, stanowią jedynie swego rodzaju przerywniki w opowieści Isabelle. Cała historia mogła się równie dobrze wydarzyć bez obecności fryzjerki, która zgadza się wyruszyć ze staruszką w podróż na tajemniczy pogrzeb. 

Zakazana miłość, o której czytamy w opisie książki, nie jest jedną z tych przewidywalnych. Robert nie jest przedstawicielem zwaśnionego rodu, nie jest żebrakiem, dilerem narkotyków ani alfonsem. Robert jest ... czarny. To całe jego "przewinienie", które w tamtych czasach nie pozostawia złudzeń na normalne, szczęśliwe życie. Codziennie przychodzi pracować do miasteczka, które wita go tablicą 

CZARNUCHU, NIE POZWÓL, ABY TU, W SHALERVILLE, ZASTAŁA CIĘ NOC.

Robert okazuje się dżentelmenem, a Isabelle szybko zakochuje się w chłopcu, którego matką jest czarnoskóra kucharka z jej rodzinnego domu. Nieśmiałe pocałunki i cała reszta zwykłych, młodzieńczych zalotów, doprowadzają do ucieczki Isabelle z domu i potajemnego ślubu z Robertem w stanie, w którym nie było to nielegalne. Ich szczęście trwa... jedną noc. Później rodzina bohaterki wszystko niszczy.

Myślałam, że to już, cała kwintesencja historii - będą się szukać, spotykać po cichu, wracać do siebie i znowu od początku. I kolejne zaskoczenie. Pojawia się dziecko, śmierć, drugie małżeństwo i seria niedopowiedzeń, która doprowadza Isabelle nad otwartą trumnę. To trumna kogoś, kto umarł nie wiedząc jak bardzo był kochany. Starym zwyczajem nie zdradzę zakończenia - bo to przecież bezsensu.

Każda kobieta się wzruszy. Gwarantuję. No chyba, że wycięła sobie serce żyletką. Facet też by się wzruszył, ale większość pewnie zbyt dumna, żeby takie babskie rzeczy czytać ;). Jest to powieść o miłości ponad podziały i o rasizmie przyjmującym ogromną i bolesną skalę.  O przyjaźni i nienawiści też. Ale głównie o wyborach, które czasem złe, przekształcają się w piękną historię naszego życia.

Moja ocena: 5/6
Autor: Julie Kibler
Tłumaczenie: Julia Gryszczuk - Wicijowska
Wydawnictwo: Znak, 2013
Liczba stron: 448

Przeczytane również w ramach wyzwania Stare, dobre czasy.

sobota, 3 stycznia 2015

Nella. Piękno nieoczekiwanego - czyli jak mnie wzruszyć i znudzić zarazem.

Kiedy zrobiłam test ciążowy kilka lat temu, poza szokiem przyszło uczucie niepokoju. Czułam, że będzie dziewczynka, chociaż zaczęliśmy wymyślać imiona dla obojga płci. Oj, ile tego było. Przeszliśmy nawet przez etap Leonarda i Romea dla chłopca. Chyba dobrze, że mnie przeczucie nie myliło ;) Na USG połówkowym czekałam z niecierpliwością na rozpoznanie płci, jednak z tyłu głowy ciągle pulsowało mi zdanie "Najważniejsze, żeby było zdrowe".
Nam się udało. Mamy zdrową, wymarzoną dziewczynkę. Ale co w momencie, kiedy przestaje być tak idealnie...?

Nella. Piękno nieoczekiwanego



Nella. Piękno nieoczekiwanego to niezwykła opowieść o miłości, nadziei i pokonywaniu życiowych przeszkód. Jest zapisem emocji, przemyśleń i procesu dojrzewania Autorki podczas pierwszego roku życia z córeczką, która urodziła się z zespołem Downa. Książka powstała w oparciu o blog, który przyciągnął rzeszę czytelników z całego świata (zanotowano blisko 3 miliony odwiedzin.Wspomnienia Kelle to wspaniale napisana książka o pełni życia, rozwoju osobistym, akceptacji tego, co niedoskonałe. Autorka uświadamia nam, że wielka miłość może dać szczęście i radość życia w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji.

Kelle to kobieta, która marzy o drugim dziecku. Kiedy w końcu się udaje - nie posiada się ze szczęścia. Wszystko zmienia się na sali porodowej, kiedy w swojej córeczce zauważa cechy zespołu Downa. Wie od razu, diagnoza lekarza to tylko potwierdza.
W tym momencie postawiłam się na miejscu Kelle. To znaczy spróbowałam sobie to wyobrazić - po dziewięciu miesiącach noszenia pod sercem swojego dziecka, nagle okazuje się, że Twoje wyobrażenia o nim pękają jak bańka mydlana. Dziecko jest chore, ma zespół Downa - brzemię na całe życie.

Nie mam pojęcia, co bym zrobiła, jak zareagowała. To jedna z tych sytuacji, na które nie można się przygotować. Coś, co kształtuje nas dopiero, kiedy tego doświadczymy. 

Kelle się załamała. Czuła, że okłamała pierwszą córkę obiecując jej siostrzaną więź, czuła, że świat stanął w miejscu, a ona nie wie, jak to mogło się stać. Chciała cofnąć się do czasu, kiedy Nella była w brzuchu, chciała nie wiedzieć. Miała przy sobie przyjaciół. Całe grono. I rodzinę. Każdy z nich zachował się cudownie i pokochał małą Nellę od pierwszego wejrzenia.. A Kelle płakała.

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to właśnie liczba przyjaciół autorki. Pełny pokój, zmiana straży przy Kelle co kilka godzin, ciągle kilka osób, potem kolejne i kolejne. Nigdy nie była sama. Przyjaźń pozwoliła jej przetrwać pierwsze, najtrudniejsze chwile. Kolejna rzecz, to sale poporodowe w Ameryce. Można sobie przynieść piwo, filmy na DVD, spędzić noc z przyjaciółmi. Prawie jak w domu. Nijak ma się to do polskiej rzeczywistości.

Wzruszałam się, jak pewnie każda matka i połowa nie-matek. Kelle uczyła się kochać i akceptować małą Nellę taką, jaka była. Bez zastrzeżeń, zaczynając od czystej karty, nienaznaczonej dodatkowym chromosomem. To było jej dziecko i tylko to się liczyło:

Jej nosek był nieco spłaszczony - tak, ale ciągle maleńki i słodki. Miała zamknięte oczy, a po bliższym przyjrzeniu się można było dostrzec jej maleńkie jasne rzęsy. Jej uszka były małe i nisko osadzone, ale znacznie bardziej kochane, niż uszy niektórych noworodków. Dlaczego jej cechy zebrane razem dały tamtą diagnozę, a nie idealnego noworodka, który pachniał słodko, kwiczał jak mały prosiaczek i mościł się w zakamarkach mojej szyi, jakby był do tego stworzony?

Tak, jak w opisie - na książkę składają się przemyślenia i emocje autorki. Wszystko się zgadza. Tylko po pewnym czasie zaczęłam odczuwać znużenie. Ciągle powtarzane zdania, ciągle łzy, to samo. Praktycznie trzy czwarte książki. Najbardziej cieszyły mnie wstawki o małej Nelli, jej codziennym życiu. Chciałam ją poznać bliżej, zobaczyć jak się rozwija, jak sobie radzą. Mało było tych momentów w książce. Dlatego - mimo dobrego pióra autorki i ważnego tematu - książka zaczęła nudzić. Chciałam zgłębić wiedzę o życiu z osobami chorymi na zespół Downa, trafiłam na pamiętnik z uczuć matki dziewczynki z tym zespołem. Nie twierdzę, że to źle, że książka bezwartościowa - wręcz przeciwnie. Jednak w moim odczuciu te wszystkie emocje to coś, co w pełni mogą zrozumieć tylko osoby, które znalazły się w takiej sytuacji jak Kelle.

Właściwie książkę ciężko mi ocenić. Czuję, że jest to pozycja wartościowa, szczera i prawdziwa. Coś, co powinno zostać spisane, emocje zarezerwowane tylko dla ludzi, którzy tego doświadczyli. Jednocześnie wsparcie dla innych rodziców dzieci, które urodziły się z zespołem Downa. Jednak jako zwykły czytelnik czuję niedosyt poznawczy życia małej Nelli. Doceniam ogromną przemianę Kelle, jej pracę nad samą sobą i zmianę myślenia. Ale nie zmienia to faktu, że do wszystkiego doszła ona dzięki swojej małej córeczce. I choćby dlatego chciałabym to dziecko lepiej poznać.

Moja ocena: 4,5/6
Autor: Kelle Hampton
Tłumaczenie: Justyna Kucharska
Wydawnictwo: Rodzinne, 2012
Liczba stron: 308


środa, 31 grudnia 2014

Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet - jak stał się cud i pochłonęłam kryminał.

Jakoś kurczę nie wiem, jak to się stało, ale kryminały nigdy mnie nie rajcowały. Czy to filmy, czy książki. Nie znam właściwie powodu mojej niechęci, ale jak słyszałam, że kryminał, że super, że majtki pełne ze strachu - mówiłam "nie, dziękuję". Wolałam już horror czy thriller, jeśli miałam deficyt dreszczyków emocji. Kryminał kojarzył mi się z facetem w długim prochowcu i kapeluszu śledzącym kobietę. Potem kobieta zostaje zamordowana i wszyscy szukają faceta w prochowcu, po to tylko, żeby się dowiedzieć, że też był kobietą. Bo wtedy nikt na to nie wpadnie. Ot, taka zagadka. Z kolei lubiłam gry komputerowe na podstawie kryminałów. Na strzelanki mam za słabe nerwy, ja zdecydowanie z tych, co wolą ruszyć mózgownicą, choć ślęczenie nad zagadkami wiele dni to też nie na moje nerwy..Co zrobić. Obiecałam sobie jednak, że się przemogę i tak oto trafiłam na tę książkę.

Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet



Dziennikarz i wydawca magazynu "Millenium" Mikael Blomkvist ma przyjrzeć się starej sprawie kryminalnej sprzed czterdziestu lat, kiedy zniknęła bez śladu Harriet Vanger.
Do pomocy dostaje Lisabeth Salander, młodą, intrygującą outsiderkę i genialną resercherkę. Blomkvist i Salander tworzą niezwykły team. Wspólnie szybko wpadają na trop mrocznej i krwawej historii rodzinnej.

Muszę się przyznać, że pierwsze sto stron ciężko mi było przebrnąć. Nijak nie mogłam się wciągnąć w sprawę, za którą miał pójść do więzienia Mikael, miałam moment zwątpienia, ale powiedziałam sobie "spokojnie, rozkręci się". I miałam rację...

Kiedy pojawiła się osoba Lisabeth, a Mikael wyjechał do domu Vangera, zaczęłam się wciągać bez reszty. Chciałam być sprytniejsza od autora i wydawało mi się, że wiem! Że rozwiązałam! Nic nie rozwiązałam... No dobra, coś tam wymyśliłam, pośrednio się zgadzało, ale i tak całe wysiłki moich zwojów mózgowych na nic...

Kiedy czytam książkę, zapisuję sobie strony z interesującymi cytatami. Patrzę teraz i co? Ponad 600 stron lektury, a ja mam zapisany JEDEN cytat. I to nie to, że ciekawych cytatów nie było. Ja po prostu byłam tak głęboko w książce, że kompletnie zapomniałam o tych cytatach... No cóż. To tylko świadczy o książce ;) W każdym razie bieda z cytatami, ale tutaj ten jeden, który gdzieś w momencie olśnienia, zanotowałam:

Przez lata przysporzyłem sobie wielu wrogów. Nauczyłem się jednego: nie podejmuj walki, kiedy wiesz, że z pewnością przegrasz. Ale nigdy nie pozwól, aby komuś, kto Cię znieważył, uszło to na sucho. Czekaj na stosowny moment i oddaj, kiedy znajdziesz się w dużo lepszej sytuacji, nawet jeżeli nie pragniesz odwetu.

Poza przydługim wstępem, książka moim zdaniem ma jedną wadę - zbyt szybkie zakończenie. Nie chodzi mi o to, że ponad sześćset stron to mało, tylko po długim rozwoju akcji nagle wszystko dzieje się w przyspieszonym tempie. Zagadka się rozwiązuje. Choć może to i dobrze - kolejny element zaskoczenia.

Nie chcę się rozpisywać, bo mnie korci, żeby napisać o wyjaśnieniu całej zagadki, a myślę, że to nie jest dobre dla osób, które jeszcze tej książki nie czytały. Bo myślę, że to nie tylko ja tak późno...?

Reasumując.... Pozycja idealna na pierwszą prawdziwą randkę z kryminałem. Ktoś, kto nigdy tego gatunku nie lubił, trafił na książki nieciekawe, lub zwyczajnie nie mógł się do kryminałów przekonać (jak ja) - powinien być zadowolony. Sama czułam się jak w tych dobrych, kryminalnych grach, w które kiedyś lubiłam grać. Ruszałam mózgiem tam i z powrotem, żeby znaleźć rozwiązanie przed Mikaelem. Wiem na pewno, że przy najbliższej wizycie w bibliotece zaopatrzę się w kolejne dwie części. Aż sama sobie się dziwię... Ja i powieści kryminalne...? Kilka dni temu rzekłabym "phi!".

Moja ocena: 5,5/6
Autor: Stieg Larsson
Tłumaczenie: Beata Walczak- Larsson
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2009
Liczba stron: 640

niedziela, 28 grudnia 2014

Kometa i ja - coś dla psiarzy totalnych.

Jestem psiarzem. Od zawsze byłam. W naszym domu zawsze był pies lub dwa, a mi od dziecka sprawiało to ogromną radość. Ale też kiedy pies odchodził ( nie używam słowa zdechł, no nie potrafię), przeżywałam to bardzo mocno. Pamiętam Kapsla, który jeździł w miejscu na zakupy pod moim wózkiem, pamiętam Kamę, która chodziła po płotach i jadła śledzie. Pamiętam Badiego, który zwiał przed moją Pierwszą Komunią i nigdy więcej go nie widziałam... Był Brutal, który ważył nie więcej niż siedem kilo, ale wszyscy się go bali. Była Nora, przy której zamarzałam w zimie przy otwartym oknie, bo miała wadę serca i dyszała 24/h. A teraz jest jej córka - Łata, pies o siedmiu pazurach w łapie. W tak zwanym międzyczasie pojawiło się wiele psów odratowanych, przechowywanych, psów na tymczasie. I nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej..

Kometa i ja. Jak przygarnięty pies uratował mi życie



Choroba Stevena sprawiła, że jego życie wywróciło się do góry nogami. Kiedy był na skraju załamania, los jednak dał mu drugą szansę... w postaci psa o imieniu Kometa.
Kometa nie zaznała w życiu przyjaźni człowieka. Trzymana w klatce, szkolona do wyścigów, została porzucona przez dawnego właściciela.
Dopiero Steven pokazał jej, czym są spacery, smakołyki i pieszczoty. A w zamian za okazane serce tryskająca energią Kometa odwdzięczyła mu się bardziej, niż mógłby przypuszczać...
Historia Stevena i Komety to wzruszająca, prawdziwa opowieść o przyjaźni między człowiekiem i psem, która odmieniła niejedno życie.


Książka o Komecie jest na pewno książką dla psiarzy. Ale też ktoś, kto psów nie lubi na pewno po nią nie sięgnie, więc ten podpunkt mamy z głowy. Jeśli jednak psiarz czytający ową pozycję jest równocześnie miłośnikiem chartów - będzie usatysfakcjonowany. Mamy piękny opis rasy, zarówno ten z teorii jak i z praktyki. I charty, a konkretnie jeden, w tej książce zaskakuje bardzo. A już na pewno kogoś, kto ma choćby blade pojęcie o rasie.

Bardzo dotknęły mnie statystyki. Ilość chartów zabijanych w Ameryce, kiedy przestają wygrywać wyścigi lub nigdy ich nie wygrywały. W większości to psy trzy-czteroletnie, a nazywane już emerytami. Zabija się je strzałem w głowę, wykonawca wyroku dostaje 10 dolców od jednego.

Kometa sama wybrała sobie Stevena. On sam nie był do końca przekonany co do adopcji, ale kiedy smutna kulka, która nie zwracała na nikogo uwagi podeszła i wlepiła w niego wielkie ślepia - wiedział już, że to nie on dokonał wyboru. Może byłaby to historia zbyt ckliwa, przerysowana, gdyby nie fakt, że zdarzyła się na prawdę.

Muszę tutaj dodać, że polska okładka wprowadza w błąd, widnieje na niej, owszem, wizerunek charta, ale to whippet, malutka odmiana. Kiedy Steven zaczął szkolić Kometę na psa przewodnika, zastanawiałam się, jak do jasnej Anielki to maleństwo dźwiga go, kiedy ten wspiera się na obroży. Dopiero po wygooglowaniu prawdziwej Komety zobaczyłam duże charcisko.

Wracając do szkolenia. Chart przewodnikiem? Jasne. Przecież one biegają, są chude i wątłe... jak? A jednak. Kometa opanowała wiele. Otwieranie drzwi, pomoc we wchodzeniu po schodach, ciągnięcie wózka z zakupami i całą gamę reszty, niby zwyczajnych czynności, które dla Stevena stawały się nie do zrobienia. Chart poświęcił się cały mężczyźnie, który podarował mu drugą szansę na życie w miłości. Mężczyźnie, który tracił kontrolę nad własnym ciałem z powodu postępującej choroby kręgosłupa. Zaryzykowała nawet własne życie w starciu z innym psem:

"(...) Obserwując moje niezdarne próby pozbierania się z ziemi i utrzymania równowagi, zdobyła się na nadludzki wręcz wysiłek i podciągnęła pod siebie tylne łapy, piszcząc przy tym z bólu. Powoli, na trzęsących się łapach, piszcząc i skomląc cichutko, podniosła się z ulicy. Drżąc i zataczając się, podeszła do mojego boku, oferując pomoc.(...)"

Drugim wątkiem, choć równoległym do życia Komety, jest choroba Stevena. Nie tylko jego fizyczność, która drastycznie podupada w każdym kolejnym miesiącu, ale także psychika, która powoli rujnuje rodzinę, aż doprowadza do kulminacyjnego punktu. Steven od ojca wyniósł naukę, że to mężczyzna, głowa domu , musi zapewnić najbliższym byt i bezpieczeństwo. Przez to nie radzi sobie z własną ułomnością, nie akceptuje roli żony, która przejęła jego obowiązki. Freddie w końcu nie wytrzymuje i zostawia Stevena, kiedy ten przez swoje chore ambicje nie potrafi cieszyć się z udanej operacji, tylko forsuje ciało wbrew zaleceniom lekarzy. Kiedy ten w końcu zauważa, jak wiele stracił, jego myślenie powoli zaczyna się zmieniać...:

" W życiu nie chodzi o to, by przeczekać burzę. Chodzi o to, by nauczyć się tańczyć w deszczu."

Nie jest to książka, którą czyta się z zapartym tchem, czekając na rozwój akcji. To hołd złożony najlepszemu przyjacielowi - psu, który wyciągnął autora z bagna depresji, który uratował mu życie. Jest to książka o wielkich uczuciach międzygatunkowych, coś, co rozumieją tylko psiarze - osoby traktujące psy jak członka rodziny, istotę rozumną. Historia o miłości, w innym słowa znaczeniu. Historia prawdziwa.

Moja ocena: 5/6
Autor: Steven D. Wolf, Lynette Padwa
Tłumaczenie: Tomasz Illg
Wydawnictwo: Między Słowami, 2014
Liczba stron: 381





wtorek, 23 grudnia 2014

Uśmiech Lisy, czyli dlaczego ciągnie mnie do włoskiego renesansu.

Nie lubię komercji. Ale dobra komercja ma to do siebie, że nie da się jej nie lubić. Taki paradoks komercyjny. Tak było w moim wypadku, kiedy skuszona niczym Adam w Raju (ten od jabłka, przyp.red.) sięgnęłam kilka lat temu po Kod Leonarda da Vinci Dana Browna. Książka mnie wciągnęła, tak jak i reszta przygód Roberta Langdona, ale ja nie o tym. Myślę, że to właśnie od tamtej pory szczególne, wręcz perwersyjne upodobanie znajduję w książkach z obrazem w tle. W książkach, których głównym odniesieniem jest obraz, sztuka w sztuce. Sunąc po nitce do kłębka, dowiedziałam się, że najlepiej jest mi z tymi renesansowymi odnośnikami. Da Vinci, Botticelli, Santi i cała reszta towarzystwa, ich czasy, zwykłe życie. No cóż - jedni lubią rozwiązywać zagadki morderstw zanim sama Agatha Christie to zrobi, ja lubię gapić się na obrazy w trakcie czytania książki. Dziwne..?

Uśmiech Lisy



Jak większość dziewcząt, Elisabetta nigdy nie myślała, że jest piękna. Dopóki nie dostrzegł jej przyjaciel ojca, mistrz Leonardo da Vinci i nie obiecał, że pewnego dnia namaluje jej portret. Właśnie Leonardo poznał młodziutką szlachciankę z synem najznakomitszego florenckiego rodu Giulianem de’ Medici. Na przeszkodzie miłości dwojga młodych stanęły burzliwe dzieje historii. We Florencji nastał czas zmian, pod wpływem fanatycznych przemówień Savonaroli zapłonęły stosy, a najznamienitsze rody w mieście straciły wszystko. Niektórzy życie, niektórzy wolność, inni – musieli udać się na wygnanie. Na tle pasjonujących dziejów renesansu autorka snuje barwną opowieść o wielkich namiętnościach, zdradzieckich intrygach i nieoczekiwanych pożegnaniach.


Zacznę dziś od tego co mi się nie podoba... Czyli po pierwsze okładka. No nie pałam do niej miłością, z której strony bym nie patrzyła, a ja lubię jak okładka jest ładna. Kiedy mnie woła. Tutaj od razu mam skojarzenia z romansem pokroju Mody na sukces (czy ja właśnie nazwałam ten tasiemiec romansem...?). Kolejna sprawa - język autorki. Choć może to język tłumacza? W każdym razie brak mi spójności. W jednej chwili narracja prowadzona jest naszym współczesnym językiem, chwilę później mamy teksty w stylu "Miłuję cię całym sobą." Nie żebym coś miała do miłowania, broń Boże. Ale dobrych parę(naście) lat temu nawet mnie uczono, że jak zaczniemy prowadzić narrację w jeden sposób, to potem się go trzymamy. Jak bum-cyk-cyk.

Przejdźmy jednak do lepszej części. Mamy tu alternatywną ( choć może to nieodpowiednie słowo dla historii, która tak na prawdę znana nie jest) historię kobiety ze znanego obrazu Leonarda da Vinci - Mona Lisa. Wciąż osnute tajemnicą okoliczności powstania i tożsamości modelki dają pisarzom duże pole do popisu. Tak też postąpiła Donna Jo Napoli. Łącząc historyczne fakty z literacką fikcją stworzyła życiorys Elisabetty - domniemanej Mony Lisy. 

Historia raczej nie ma happy endu. Przynajmniej w moim mniemaniu. Zostawmy jednak koniec, Nie będę złą ciotką zdradzającą zakończenie. Ktoś kto lubuje się w historycznych ciekawostkach, faktach z życia znanych postaci, nie będzie zawiedziony. Mnie przede wszystkim rzuciły się w oczy małe wtrącenia o mistrzu da Vinci. Wiedziałam, że był także wynalazcą i, że robił sekcje zwłok żeby dobrze poznać ciała ludzkie i zwierzęce, Dla wielu jednak może to być zaskoczenie:

Taka jest jego filozofia. Powiada, że jeśli chce się cokolwiek malować, należy wiedzieć, jak działają rzeczy, jak funkcjonuje każda kończyna żywej istoty. Sam często rozcina zwłoki ludzkie i zwierzęce.

Sam Leonardo przyznaje się nawet w książce do swojej orientacji:

-Niewiasta ze mną podróżująca nawet najbardziej zagorzałych plotkarzy w zakłopotanie nie wprawi.(...) Najdroższa mono Liso, Nie jestem wielbicielem niewieścich uroków- wyjaśnia łagodnie Leonardo.

Najbardziej jednak spodobało mi się coś, co powiedział Giuliano Medici, rzekomy zleceniodawca Leonarda, wielka miłość Elisabetty:

To właśnie ten uśmiech - mówi Giuliano. - Uśmiech, który chcę, byś namalował. Najpiękniejszy uśmiech na całym świecie. Namaluj ją tak, by bez względu na to, gdzie stanę, właśnie do mnie się uśmiechała.

Portret, o którym mowa jest przedmiotem ciągłych badań naukowców i historyków. Tak sobie jednak myślę, że chyba to, co nas najbardziej w nim przyciąga to jego aura tajemniczości... Czy warto to "psuć"...?

Książka nie jest wybitnym dziełem, które zostanie zapamiętane na wieki wieków. Na pewno nie. Jest to jednak przyjemna książka, która pozwala nam zainteresować się renesansem we Włoszech, Moną Lisą, Leonardem da Vinci i zwykłym życiem ludzi w tamtych czasach. Wciągająca, lekka, choć czasami zatrzymuje na chwilę- tak jak mnie, choćby po to by spojrzeć jeszcze raz na reprodukcję portretu Lisy. Elisabetty.

Moja ocena: 5/6
Autor: Donna Jo Napoli
Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Wydawnictwo: Jaguar, 2010
Liczba stron: 343

piątek, 19 grudnia 2014

Na granicy zmysłów - moja książka roku.

Wydawało mi się kiedyś, że przeżyłam wiele ciekawych historii. Pojechałam sama autostopem do Rzymu, gdzie udawałam chłopaka, żeby spać za friko w męskim klasztorze. Można powiedzieć ,że uczestniczyłam w egzorcyzmach, widziałam wracających do zdrowia ludzi na katolickiej mszy o uzdrowienie. Miałam skurcze porodowe przez 36 godzin -  to dopiero ciekawe doświadczenie. Spotykałam na swojej drodze ludzi niesamowitych, inspirujących, dziwnych. Było tyle różnych momentów, o których często nie wspominam, nikt by nie uwierzył. Wydawało mi się, że jak na to moje prawie ćwierćwiecze było tego całkiem sporo. Miałam rację - wydawało mi się...

Na granicy zmysłów



Fenomenalnie napisany reportaż na podstawie programu "Kossakowski.Szósty zmysł". Podróż przez Polskę, Ukrainę, Bałkany i Rosję otwiera oczy, wprawia w zdumienie i wstrząsa. Kossakowski na własnej skórze doświadcza praktyk znachorów, uzdrawiaczy, wróżów, ekstrasensów, szeptunek i bioenergoterapeutów. Jest przewodnikiem po świecie, w którym nie ma prostych odpowiedzi.

Tak sobie myślę - wystarczy taki jeden Kossakowski i człowiek nagle sobie uświadamia, że nie widział nic. Taki jeden Kossakowski. Trzeba mu przyznać, że ma talent. No dobra, nie jeden, kilka. Dużo? Ok, chłop jest jednym wielkim multitalentem. Maluje to, kamera go kocha, laski szaleją, inteligentny jest i do tego (jakby mu mało było) pisze. I to jak pisze! Emocja goni emocję, wydaje się, jakby on to robił od zawsze. Jakby człowiek nie wiedział , to by w życiu nie powiedział, że to Kossakowskiego debiut pisarski. Parskałam śmiechem w poduszkę, w którą starałam się ukryć twarz, żeby pierworodnej nie obudzić. Nie wyszło, parsknięć było za dużo. Z parsknięć wyszedł śmiech dłuższy, momenty, gdzie nie potrafiłam się uspokoić. I zdziwiony wzrok męża, jakby to nie Kossakowski, a ja o granicę zmysłów zahaczałam ...:

Ludzie na wsi pamiętają. Och, pamiętliwi są, jak to się mówi, jak słonie. I zaczynają wzywać, kiedy jest potrzeba. Gdy komuś mankiet rękawa schwyciło w pasek przenoszący napęd do sieczkarni i ten ktoś tak śmiesznie poleciał za tym mankietem, biegnąc po klepisku stodoły, ale nie nadążył, bo takiego paska się przegonić nie da, i w końcu za mankietem poszły palce, a potem ręka, prosto w ciasnotę koła. Albo komuś się zachciało czyścić młocarnię, ale jej do tego nie wyłączył, bo i po co, ten ktoś liczył na własną zręczność, ale zręczność przegrywa z alkoholem. Szczególnie tym bez banderoli. I trach!
- Matka, lećcie po starego S.! Albo nie! Bierz, matka, moje palce i lecimy do niego oba! Oszczędzimy na czasie.

Cóż, tak właściwie minęła mi pierwsza część książki. Na parskaniu śmiechem, podziwianiem gry metafor i powtórzeń w wykonaniu Przemka i na myślach " ten to miał szczęście".

Kolejną część, odebraną przeze mnie jako defiladę różności i szukanie oryginału wśród masy podróbek, czytało się wcale nie gorzej. Co prawda śmiech zmienił się raczej w niedowierzanie w stylu "yyyy...?" I tak poznajemy Kokę - zwierzę, które miało moc, niczym Elsa z Krainy Lodu (ok, zagalopowałam się...), jest cała masa diagnozujących prostatę, potem Grigorij Kowbasko testujący wytrzymałość psychiczną  i samokontrolę Przemka. Są cyganki, obce planety i cała gama innych, równie pokręconych opowieści. No i Kossakowski pośrodku tego wszystkiego. Czego chcieć więcej?

Ostatnia, trzecia część książki stopuje z humorem, wycisza. To czas na historie i przeżycia, które coś zmieniły. Hipnoza, która faktycznie działa. Zakopanie w grobie żywcem - żeby nie było mało - dwukrotnie. Duchy lubiące Bajkał i szaman w adidasach. A wszystko z niewiarygodnym zakończeniem. I chyba też zmianą samego Przemka:

W jednej chwili poddaję się. Czuję jak moje ciało się rozluźnia. Jak moje dłonie przestają być pięściami. Rozsiadam się z dziwnym, trochę jakby nie swoim westchnieniem na metalowym krześle i zamykam oczy. Czuję, jak koszula klei mi się do ciała. I czuję, że w moim podbrzuszu narasta fala. Uśmiecham się do niej. Uśmiecham się, kiedy zaczyna się wznosić, kiedy mija mostek, przenika wskroś klatkę piersiową, dosięga gardła i przechodzi przez nie. Otwieram oczy i zginam się w pół. Skrywam swoją twarz w dłoniach, które już nie są pięściami. Zaczynam płakać.

Słowem- udało mu się. Stworzyć świetną, dobrze napisaną książkę. Bawić się słowem, opisać emocje. I przede wszystkim pokazać, że może być coś jeszcze...
Naszła mnie jeszcze myśl, że Kossakowski ma szczęście, że jest Kossakowskim. Jakby był takim, nie wiem Zającem, Rysiem, czy innym Gackiem nie byłoby tak prosto zestawić go z "Szóstym zmysłem" bez lekkiej satyry. Eh, te szlacheckie nazwiska. Z końcówką -ski, wszystko dobrze wygląda. Nawet reklama pasztetu. My, ze zwierzęcymi nazwiskami, mamy zawsze pod górkę!
Mimo wszystko ten Kossakowski to się w porządku człowiek wydaje. Kiedy z głębin wydobyłam jego numer telefonu, żeby zapytać jakiś czas temu, czy mógłby zgodę na użycie jednej z prac użyczyć ( w celu dość niecodziennym) rozmawiało się całkiem normalnie. Jakby nie był -ski i nie było go widać w tv.  Tylko przez moment poczułam się jakbym czołówki programu słuchała, bo głos ten sam... 
Mam jednak do szanownego Przemka apel - może kiedyś to przeczyta. Jak się spotkamy to obiecuję kopa w tyłek. Za tego barana i żen w Rosji. Bo przeboleć tego barana nie mogłam!

Moja ocena: 6/6
Autor: Przemek Kossakowski
Wydawnictwo: Otwarte, 2014
Liczba stron: 403