Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 lutego 2015

Love, Rosie - tak dla odprężenia.

Po przeczytaniu dwóch tomów Millenium trochę parował mi mózg. Zwykle w takich chwilach robię sobie wolne od czytania. Rzadziej- sięgam po coś, co mózgu nie wymaga. Tak było i tym razem.

Love, Rosie



Rosie i Alex od dzieciństwa są nierozłączni. Życie zadaje im jednak okrutny cios: rodzice Alexa przenoszą się z Irlandii do Ameryki i chłopiec oczywiście jedzie tam razem z nimi. Czy magiczny związek dwojga młodych ludzi przetrwa lata i tysiące kilometrów rozłąki? Czy wielka przyjaźń przerodziłaby się w coś silniejszego, gdyby okoliczności ułożyły się inaczej? Jeżeli los da im jeszcze jedną szansę, czy Rosie i Alex odważą się ją wykorzystać?

Nie zrozumcie mnie źle - absolutnie nie mam nic do romansów i im podobnych. Ba, chętnie po nie sięgam. Jednak chyba wszyscy zgodzą się, że taka literatura jest dla czystej przyjemności i odprężenia, bez górnolotnych zapędów czytelniczych. Nie mam ochoty myśleć, chcę się wyłączyć - zabieram się za czytanie książek w stylu Love, Rosie.

Tą pozycję kupiłam z przypadku. Wzruszałam się na P.S. Kocham Cię, polubiłam styl Cecelii Ahern, więc chciałam sprawdzić co zdarzy się tym razem. Cóż , w mojej opinii P.S. Kocham Cię wygrywa w przedbiegach, jednak Love, Rosie nie pozostaje daleko z tyłu.

Przede wszystkim punkt za stworzenie całości tylko z różnego rodzaju korespondencji głównych bohaterów. Od młodzieńczych liścików na lekcjach, przez e-maile, tradycyjne listy, po kartki świąteczne i urodzinowe. Byłam trochę sceptyczne nastawiona do tego pomysłu, ale okazało się, że skleiło się to ładnie w spójną i nawet interesującą historię. Przekonałam się, że nie wszystko musi być takie, jak zawsze było, a nowe rozwiązania zdają egzamin. I mówi to osoba, która najchętniej przeniosłaby się do czasów sprzed internetu, albo w ogóle elektryczności. Cóż - bloga bym wtedy nie pisała, facebook nie zostałby jeszcze wymyślony - jednak mam wrażenie, że wtedy żyło się lepiej, pełniej. I wolałabym czytać przy świeczce, niż patrzeć na e-spotkania w sieci. Wolałabym też posyłać gołębia z listem, nawet jeśli miałby się zgubić po drodze, niż wysyłać i dostawać bezpłciowe maile.

Ale wróćmy do meritum. Poza ukazaniem wielkości wagi korespondencji w naszym życiu, autorka pokazuje też to, co zwykle pojawia się w takich książkach - przyjaźń dozgonna, miłość, siła marzeń etc.,etc. Zaskakuje jednak dorzuceniem do fabuły wczesnej ciąży i trzyma w niepewności co do zakończenia dosłownie do ostatniej strony. Muszę stwierdzić, że czas spędzony z tą lekturą był przyjemny.

Inną sprawą jest film. Taki z serii "PanieBożePoratuj" i "PrzecieżToNieByłoTak!".
Serio - książkę możesz sobie wsadzić w... półkę. Poza imionami bohaterów, kilkoma innymi szczegółami - miałam wrażenie, że trafiłam do innej bajki. Mąż dzielnie znosił okrzyki sprzeciwu, a znana jestem z tego, że ze złości miotam niezbyt cenzuralnymi przerywnikami... Ale no cholera! Czy tylko ja mam tak, że jak oglądam ekranizację, to chciałabym, żeby Zośka, czy inna Kryśka faktycznie miały czerwonego Seata, jak to w swojej wizji zobaczył autor powieści? I wkurza mnie jak ta Zośka czy Kryśka mkną ulicą ZIELONYM OPLEM? No dobra, głupie porównanie, bo jakbym znaczka z tyłu auta nie zobaczyła, to pewnie wmówiliby mi, że to Seat. Ale dalej byłby zielony!

Trochę uwypuklam, zdaję sobie sprawę z tego, że niemożliwe jest dosłowne przeniesienie książki na ekran, ale Love, Rosie przebiło wszystko. Wizje autorki i reżysera tak odmienne jak dwa bieguny. Jak plazma i kineskop. Jak dywan i wykładzina. Jak... jak... ehhh.

Jeśli szukacie czegoś na wieczór z kadzidełkiem, wełnianymi skarpetkami i kubkiem herbaty, na którym widnieje przesłanie "mam chandrę" - polecam. Żadnych ambitnych przesłań, co wrażliwsi (lub z comiesięczną przypadłością) posmarkają w chusteczki, czy rękaw. Poczytacie, pomyślicie, uśmiechniecie się i... zapomnicie. Bo to historia jakich wiele.

Moja ocena: 4/6
Autor: Cecelia Ahern
Tłumaczenie: Joanna Grabarek
Wydawnictwo: Akurat, 2014
Liczba stron: 512

Przeczytane również w ramach wyzwania Klucznik

czwartek, 15 stycznia 2015

Lodowa pułapka - opowieść o sile .... antykoncepcji.

Od wczoraj w internecie huczy od komentarzy na temat ustawy pozwalającej na zakup pigułki "po" bez recepty. Z jednej strony pełne poparcie, z drugiej głosy sprzeciwu dla zabijania zarodków, To z kolei prowadzi do dalszych, medycznych dyskusji - lekarze twierdzą, że zanim komórka jajowa połączy się z plemnikiem, nie możemy mówić o żadnym nowym życiu. Twierdzą, że pigułka "po" to tylko środek antykoncepcyjny. Co ja myślę? Wolę ogólnodostępną pigułkę, niż wzrastający odsetek podziemnych aborcji, porzucanych noworodków i głośnych porzuceń. Nie twierdzę, że pigułka jest rozwiązaniem, nie twierdzę, że zniesienie recept na nią jest jednoznacznie dobre. Moim zdaniem to mniejsze zło. Żeby jednak ostudzić gorącą atmosferę - książka. W której antykoncepcja odgrywa kluczową rolę:

Lodowa pułapka



Kiedy ludzie żyją w ekstremalnych warunkach, mogą być zdolni do wszystkiego...
Kobieta o sercu tak zimnym, że dla zemsty jest gotowa wykorzystać własne dzieci...
Mężczyzna, który musi zmierzyć się z pułapkami własnej przeszłości...


Książkę capnęłam w ostatniej chwili, przed wyjściem z biblioteki. Pomyślałam o wyzwaniu Klucznik i śnieżnej okładce. Pobieżnie przeczytałam opis i - o dziwo - nawet mi się spodobał. Ucieszona tym przypadkowym łupem kilka dni później wzięłam się za czytanie. O mamusiu jak tego żałuję...

Nastrojowy i głęboko wzruszający dramat rodzinny - oto co możemy przeczytać na okładce. Ja się pytam "Really??". Czytając nastrojowy, myślę - kominek (taki z ogniem, nie bloger :P ), święta, świeczki, prószący śnieg. Co dostaję? -50C i biegun północny, gdzie ludzie tracą palce z mrozu, a hipotermia to najczęściej leczona przypadłość u lekarza pierwszego kontaktu. Głębokie wzruszenie? Raz. Jak trzeba było podać psu silny narkotyk, żeby dokończył swego żywota. To wzruszenie zajęło cały jeden akapit w książce. Może wystarczy, żeby umieścić go na okładce. Dramat rodzinny? Hmmm.. Tak. Ale nie w sposób, jaki sobie wyobrażacie. Let's see:

Roześmiała się i biorąc go za ręce, położyła je z powrotem w talii. Przytknął głowę do jej brzucha. Burczało w nim z głodu. Przystawił ucho, żeby lepiej słyszeć. W tych dźwiękach była jakaś potężna ziemska siła, odległy grzmot i błyskawica, erupcja wrzącej lawy, szum bezkresnych lasów, jakby ukryła w sobie mały wszechświat. Zupełnie osobne miejsce - egzotyczne, fascynujące i zakazane.Pragnął się tam znaleźć, w środku niej, wtargnąć ciałem w jej sekretny kosmos.

Klawo, nie? Tak pięknego, przepełnionego epitetami opisu burczenia w brzuchu jeszcze nie czytałam. Sam Mickiewicz spłonąłby rumieńcem, że nigdy na to nie wpadł. W dodatku jak to burczenie pobudziło zmysły Dafydda!

No właśnie - Daffyd. Pomijając fakt, że mógłby to być po prostu Davidem, mamy tutaj do czynienia z mężczyzną dość ciekawym. Z jednej strony lekarz, który na kacu wycina dziecku zdrową nerkę i ucieka przed konsekwencjami na praktykę wiele kilometrów od domu. Wstyd. Z drugiej, tak szybko odnajduje się w nowym otoczeniu, że nawet -50C nie przeszkadza mu w uciechach seksualnych z prawie każdą chętną. Raz nawet podniecają go zwłoki. Serio.

I właśnie te żądze Daffyda doprowadzają do głównego punktu opowieści, czyli listu od domniemanego dziecka bohatera, które ma trzynaście lat i brata bliźniaka. Czyli dwoje dzieci. Potem przechodzimy przez wspomnienia doktorka, listę prawdopodobnych zapłodnień, rozłam małżeństwa i w końcu - wycieczkę w dawne strony.

Czytając tę historię nie wiedziałam czy się śmiać, czy płakać. Opowieść na poziomie Mody na sukces, gdzie każdy sypia z każdym, co prowadzi do tego, że nawet wmówienie gwałtu staje się prawdopodobne. W końcu tyle tych kobiet było, że można się pogubić, z którą się spało, prawda? Początek mnie zachęcił, wtrącił się klimat indiańskich szamanów i bezkresów północy... Gdyby tylko autorka na tym się oparła - książka mogłaby być godna polecenia.

Myślę, że ten debiut pisarkę trochę przerósł. Chciała stworzyć ambitną książkę, z wątkiem prawie kryminalnym, w zamian wyszła komedia przez łzy, której przeczytanie staje się prawdziwym dramatem. Straciłam kilka wieczorów, choć czekają na mnie o wiele bardziej interesujące powieści. Rzadko się jednak poddaję, dobrnęłam do końca i pomyślałam sobie Czy ten facet nie wie, że istnieje antykoncepcja? Okazało się, że wie. Jednak ciągnąc poziom opery mydlanej - nawet ona zawiodła. I dzieci było więcej...

Moja ocena: 1/6
Autor: Kitty Sewell
Tłumaczenie: Renata Gorczyńska
Wydawnictwo: Świat Książki, 2009
Liczba stron: 416


Przeczytane również w ramach wyzwania Klucznik i Czytamy literaturę skandynawską i islandzką.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Apetyt - czyli rzecz o tym, jak się przejadłam.

Zawsze lubiłam jeść czytając. Uwielbiałam! I mam tak do teraz. A już tym bardziej, kiedy bohaterowie książki też coś jedli. I wiem nawet po kim to mam. Jako nastolatka schodziłam czasem w środku nocy do kuchni, żeby wyszperać w lodówce coś pod lekturę i w drzwiach mijałam tatę, który właśnie wracał z bułką i kiełbasą. Teraz tata słucha audiobook'ów, ale dalej konsumuje w trakcie, wiem to ;)
I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że zniknęła przemiana materii, która pozwalała nastolatce wrzucać w siebie kilogramy niezdrowego żarcia o trzeciej w nocy. Teraz trzeba uważać, miarkować się.... Jezu, jakie męki człowiek przechodzić musi! A co dopiero przy takiej książce jak ta....

Apetyt



W XV- wiecznej Florencji, mieście zmysłów, każdy jest artystą. Młody Leonardo da Vinci uczy się mieszania pigmentów, a Nino Latini łączy cynamon, pieprz, gałkę muszkatołową i wanilię. Jego daniom nie potrafią się oprzeć Medyceusze, kardynałowie, a nawet sam papież.
Kiedy ukochana Tessina zostaje zmuszona do ślubu z podstarzałym arystokratą, Nino zatraca się w pracy. Obłędne uczty, rozpustne kurtyzany, potrawy, które mącą zmysły - tylko on potrafi wyczarować spektakl, który zachwyca od Florencji aż po Rzym.
Ale raz rozbudzony apetyt nie da o sobie zapomnieć. Tak jak pierwsza miłość, której nie nakarmią same wspomnienia. Jeśli droga do serca wiedzie przez żołądek, Nino użyje najwykwintniejszych smaków, by ją odzyskać.

Wystarczyło mi pierwsze zdanie opisu, żeby mieć chęć na tę książkę. Jak już wspominałam renesans we Włoszech to czas. który szczególnie mnie w książkach ujmuje. Tutaj trochę przeraził mnie fakt, że książkę poleca... kucharz. Z całym szacunkiem dla pana Wojciecha Modesta Amaro (czy też po swojsku Wojciecha Basiury ), ale... cholera, przecież to nie książka kucharska, prawda? Cóż, zrozumiałam nieco później, że kucharz, który rekomenduje tą książkę, to chyba jedyna właściwa osoba na tym miejscu... 

Zrozumiałam, że mam problem, kiedy pierwszego dnia z tą książką, o godzinie dwudziestej trzeciej, czasu polskiego, wrócił z pracy mój mąż. Zamiast zwyczajowego cześć - usłyszał zrobisz mi coś do jedzenia?. I tak leżałam w łóżku, obok stos kanapek, a dieta noworoczna została tylko wspomnieniem.

Do rzeczy jednak! Nino Latino, jako główny bohater nie zdobył mojego serca. Wręcz przeciwnie. Po stu stronach książki, zaczynałam być lekko znużona ciągłym jego gotowaniem i opisem WSZYSTKICH składników, do WSZYSTKICH potraw. Po dwustu stronach zaczęłam się irytować (przy czym ciągle jadłam i jadłam)... Kiedy jednak przeczytałam trzysta stron miałam serdecznie dość i z utęsknieniem oczekiwałam końca tej lektury. To nie tak, że sam Nino był nudny, broń Boże. Autor bardzo się postarał, żeby jego zachowania szokowały już od pierwszych stron książki:

Matka umarła w przeddzień moich czternastych urodzin. Przyglądałem się, jak łapie ostatni, głęboki, drżący oddech. (...) Dotknąłem wargami żył wybrzuszających grzbiet jej dłoni i zrobiłem to co zawsze: polizałem i posmakowałem skóry.(...) I pewnie rozczaruję was, kiedy powiem, że śmierć nie ma smaku.

Mamy więc do czynienia z chłopcem, który owładnięty nad wyraz rozwiniętym zmysłem smaku - liże wszystko wokół. Tak, wiem, groteska - sama też to tak odebrałam. I choć bardzo chciałam dopatrzeć się w tym głębi, nijak nie mogłam. No bo jak, kiedy on liże zwłoki matki, mur kościoła, łóżko czy kawałek drewna. Gdyby autor brnął w to do końca, rozwinął talent Nina, a nie zamknął go tylko w byciu świetnym kucharzem - może bym to doceniła. A tak, mamy tutaj niezły zalążek interesującej opowieści, który umiera... w zalążku właśnie. 

Cała interesująca fabuła mogłaby się zmieścić w jednej trzeciej ilości stron. Reszta to jedzenie. Dużo jedzenia. Przepisy, składniki, przyrządzanie... Nie żebym miała coś do jedzenia! Ale kiedy na kolacji u kardynała pojawiają się kurtyzany ( ładne słowo, nieprawdaż?) i wychodzą wszystkie tajemnice kleru w tamtych czasach - na prawdę nie mam ochoty czytać trzech stron o tym, jak zrobić najlepszą wołowinę ever. Albo kiedy Nino urządza ucztę weselną dla swojej ukochanej - tylko serce z jego własnej krwi w ciastku Tessiny wydaje się interesujące. Jednak, żeby o nim przeczytać, muszę poznać skład WSZYSTKICH potraw na stole.

Takie właśnie drobne sprawy czyniły tą książkę, mimo wszystko, zdatną do czytania. Smakowanie moczu kardynała, kiedy Nino zostaje jego dietetykiem, czy wąchanie jego gazów.. Obstawiam, że gdyby dietetyk zajmował się tym do teraz, nie byłoby tylu chętnych do nauki zawodu. Scena walki, kiedy Nino prawie umiera - najlepsze dwie strony w książce, nieomal tam byłam! Dowiedziałam się też o istnieniu latającego ciasta - czyli ciasta z żywym (jeśli się udało) środkiem. Zamykano w nim ptaki, które po części się dusiły, po części gotowały, a te co przeżyły - zabijały się o okna i ściany wylatując z rozkrajanych słodkości. Wszystko oczywiście w otoczce latających odchodów i piór. Pychota! Poznałam także zioła, którymi narkotyzowano się w czasach renesansu i choć sproszkowany srom łani nie brzmi zachęcająco - wtedy święcie wierzono, że jest najlepszym afrodyzjakiem i lekiem na potencję.

Doceniłam rys historyczny, nową opowieść o Medyceuszach, którą odkrywam w wielu książkach - za każdym razem ciesząc się z wyobraźni autora. I tak bohater, który towarzyszył mi ostatnio przy okazji czytania Uśmiechu Lisy - pojawia się tutaj, je ucztę z papieżem, a następnie zostaje zamordowany. Urok książek historycznych. Opis wykopywanych zwłok i ciągnięcia ich ulicami Florencji może doprowadzić co wrażliwszych do zwrotu spożywanych pokarmów, ale i ten opis doceniłam ;)

Zdecydowanie nie jest to książka dla każdego. Nawet wytrwały miłośnik renesansu włoskiego, który nie ma problemów z kulinarnymi opowieściami może się zmęczyć. Znudzić. To raczej powieść dla tych, którzy oprócz miłości do zjadania (to ja), pałają też miłością (najlepiej wielką) do gotowania. Ja się tym wszystkim przejadłam, dosłownie i w przenośni. Mój renesansowy zapał został skutecznie ostudzony przez gorące dania serwowane ciągle i ciągle... i ciągle. Ta opowieść pewnie by mnie porwała, gdyby ktoś mi wyciął większą połowę tych kuchennych rewolucji... a może najlepiej wszystkie?  Nie było tragedii, ale jeśli zasypiam po dwudziestu minutach z książką - znaczy, że najwybitniej też nie jest. Przynajmniej dla mnie i mojego żołądka. Wynoszę z tej powieści kilka ciekawostek, nieufność do książek sygnowanych nazwiskami kucharzy i... jakieś kilo wagi więcej.

Moja ocena: 2,5/6
Autor: Philip Kazan
Tłumaczenie: Urszula Woźniakowska
Wydawnictwo: Znak, 2014
Liczba stron: 576

Przeczytane również w ramach wyzwania Klucznik.

wtorek, 6 stycznia 2015

Nasze szczęśliwe dni - o tym, jak wzbudzić szereg emocji w kobiecie.

Choć z natury jestem chłopczycą, miewam takie nastroje, co to zmuszają człowieka do przemyśleń i tkliwych sentymentów. Wtedy najczęściej zmuszam męża do towarzyszenia mi w oglądaniu durnej komedii romantycznej czy łzawego melodramatu. Jak typowa baba - brakuje tylko litrowego pudła z lodami i dziesięciu tabliczek czekolady. Tej łaciatej. Albo z orzechami... zwykłej, mlecznej nawet. Ok, wróć, dieta, postanowienia noworoczne, te sprawy.
W każdym razie przy takim nastroju, kiedy poślubiony odmawia nam uczestniczenia w ckliwym spektaklu smarkania w papier toaletowy (bo taniej niż w chusteczki), a same oglądać filmu nie chcemy - zostają książki. Kocyk, kubek czegoś rozgrzewającego, dresy stare jak świat i grube skarpetki. Jak bez diety to dołożyć słodkie. Dużo słodkiego. Tylko nie mówić, bo ci na diecie się wkurzają.

Nasze szczęśliwe dni



Kiedy Isabelle miała siedemnaście lat, zakochała się wbrew rodzinie i panującym zwyczajom. W latach trzydziestych XX wieku takie uczucie było nie tylko zakazane, ale i niebezpieczne. Isabelle nie chciała jednak kierować się rozsądkiem. Robert był miłością jej życia.
Teraz, po latach, Isabelle musi powrócić do rodzinnych stron. W podróży towarzyszy jej fryzjerka Dorrie. W miarę jak kobiety się coraz bardziej zaprzyjaźniają, Isabelle wyjawia tajemnice ze swojej młodości...

Miałam mieszane uczucia sięgając po tę książkę. Z jednej strony lubię klimat początków XX wieku w Ameryce. Zawsze kojarzy mi się z werandami pomalowanymi na biało i jabłecznikiem. Z drugiej strony obawiałam się płytkiej opowieści, kolejnej próby przeniesienia Romea i Julii w czasy bardziej współczesne. Cóż, dałam się zaskoczyć.

Na samym początku zwróciłam uwagę na "filmowość" tej pozycji. Znaczy to tyle, że dzięki barwnym (ale nie przesadzonym) opisom , mogłam tworzyć sobie w głowie film, klatka po klatce. Wiecie, to jedna z tych książek, kiedy wyobraźnia sama podsyła cały obraz, nie trzeba się nawet zbytnio nad tym zastanawiać.

Narracja jest prowadzona dwuosobowo. Wspomnienia Isabelle przeplatają się ze współczesnym życiem jej i Dorrie. Muszę tutaj wtrącić, że postać Dorrie moim zdaniem została dodana przez autorkę w celu budowania napięcia. Owszem, staje się istotnym człowiekiem w życiu Isabelle, jednak krótkie rozdziały, których jest bohaterką, stanowią jedynie swego rodzaju przerywniki w opowieści Isabelle. Cała historia mogła się równie dobrze wydarzyć bez obecności fryzjerki, która zgadza się wyruszyć ze staruszką w podróż na tajemniczy pogrzeb. 

Zakazana miłość, o której czytamy w opisie książki, nie jest jedną z tych przewidywalnych. Robert nie jest przedstawicielem zwaśnionego rodu, nie jest żebrakiem, dilerem narkotyków ani alfonsem. Robert jest ... czarny. To całe jego "przewinienie", które w tamtych czasach nie pozostawia złudzeń na normalne, szczęśliwe życie. Codziennie przychodzi pracować do miasteczka, które wita go tablicą 

CZARNUCHU, NIE POZWÓL, ABY TU, W SHALERVILLE, ZASTAŁA CIĘ NOC.

Robert okazuje się dżentelmenem, a Isabelle szybko zakochuje się w chłopcu, którego matką jest czarnoskóra kucharka z jej rodzinnego domu. Nieśmiałe pocałunki i cała reszta zwykłych, młodzieńczych zalotów, doprowadzają do ucieczki Isabelle z domu i potajemnego ślubu z Robertem w stanie, w którym nie było to nielegalne. Ich szczęście trwa... jedną noc. Później rodzina bohaterki wszystko niszczy.

Myślałam, że to już, cała kwintesencja historii - będą się szukać, spotykać po cichu, wracać do siebie i znowu od początku. I kolejne zaskoczenie. Pojawia się dziecko, śmierć, drugie małżeństwo i seria niedopowiedzeń, która doprowadza Isabelle nad otwartą trumnę. To trumna kogoś, kto umarł nie wiedząc jak bardzo był kochany. Starym zwyczajem nie zdradzę zakończenia - bo to przecież bezsensu.

Każda kobieta się wzruszy. Gwarantuję. No chyba, że wycięła sobie serce żyletką. Facet też by się wzruszył, ale większość pewnie zbyt dumna, żeby takie babskie rzeczy czytać ;). Jest to powieść o miłości ponad podziały i o rasizmie przyjmującym ogromną i bolesną skalę.  O przyjaźni i nienawiści też. Ale głównie o wyborach, które czasem złe, przekształcają się w piękną historię naszego życia.

Moja ocena: 5/6
Autor: Julie Kibler
Tłumaczenie: Julia Gryszczuk - Wicijowska
Wydawnictwo: Znak, 2013
Liczba stron: 448

Przeczytane również w ramach wyzwania Stare, dobre czasy.

piątek, 12 grudnia 2014

Wszystko, czego nie zdążyliśmy powiedzieć - komedia, która komedią nie była.

Odprawiwszy po raz piąty urodziny Goofiego z ciastoliną w roli głównej ( czapeczki urodzinowe, tort itepe ) odpoczywam i jedyne, czego się mogę bać to, że ten wiatr za oknem pozbawi mnie prądu. A bez prądu nie ma internetu. I ciężko się czyta przy świeczce. No i jest jeszcze coś, co będzie mi spędzało sen z powiek - mój sypialniany, wyszorowany, prawie perski dywan schnie na płocie. Lekki to on nie jest, ale i wiatr do delikatnych nie należy... No co będę gadać, nie chce mi się go drugi raz prać, ot cała historia ;) A teraz - pora na książkę!

Wszystko, czego nie zdążyliśmy powiedzieć



Cztery dni przed zawarciem związku małżeńskiego Julia Walsh dowiaduje się o nagłej śmierci swojego ojca, bogatego, apodyktycznego człowieka. Od lat nie utrzymywała z nim kontaktów, nie mogąc wybaczyć mu, że rozdzielił ja z Tomasem, jej pierwszą miłością. Z powodu pogrzebu ślub Julii i Adama musi zostać przełożony. 
Nazajutrz po smutnej uroczystości w mieszkaniu niedoszłej panny młodej ląduje ogromna skrzynia, a w niej coś, co wygląda jak wierna kopia ojca a w rzeczywistości jest robotem wyposażonym w część jego neuronów i pamięć. Ma pozostać u niej tak długo, aż ojciec i córka nie powiedzą sobie o wszystkim, co im leży na sercu. Julia może maszynę po prostu wyłączyć, ale daje się wciągnąć w niezwykłą grę. Poznaje ojca takim, jakim go wcześniej nie znała, dostrzega motywy jego zachowania. I dowiaduje się, że Tomas, który ponoć zginął w Afganistanie, żyje, ożenił się. Jeśli go teraz nie odnajdzie, nigdy nie dowie się, który z mężczyzn jest jej naprawdę pisany - Adam czy Tomas...



Przede wszystkim nie mam pojęcia, kto określił tą książkę mianem komedii romantycznej. I to w pogrubionym opisie z tyłu. Czy kilka śmiesznych kwestii i wątek miłosny już wystarczają, żeby tak sklasyfikować tę pozycję...?  Zawiodłam się, bo oczekiwałam tego, czego się oczekuje po komediach romantycznych - czyli odprężenia, lekkiej i przyjemnej lektury. Nie znaczy to jednak, że książka mi się nie podobała. Po prostu potrzebowałam czegoś optymistycznego jako reset po ciężkim temacie Dziewczynki w czerwonym płaszczyku. Zauważyłam, że mam na półkach przewagę ciężkich tematycznie książek, albo zwyczajnie dołujących. Dlatego ucieszyłam się z tej "komedii romantycznej". No cóż...

Dwa główne wątki to relacja ojciec - córka i miłosne zawirowania tej drugiej. No właśnie - tak, jak spodziewałam się historii miłosnej, tak ojciec bohaterki mnie zaskoczył. W pozornie błahej opowieści można znaleźć głębsze przesłanie, drugie dno:

Czy wiesz jakie to bolesne, gdy dzieci odchodzą? Wyobrażasz sobie gorycz tego rozstania? Powiem ci jak to jest. Stoisz jak dureń w progu domu, patrzysz jak odchodzą i wmawiasz sobie, że trzeba się cieszyć, widząc pisklęta wylatujące z gniazda, podziwiać ich beztroskę i dać sobie odciąć kawałek własnego ciała. A kiedy drzwi już się zamkną, musimy uczyć się wszystkiego na nowo (...)

Rzecz, nad którą dłużej się zastanowiłam, to robot. Humanoid. Życie po życiu. Pewnie dziesięć lat temu pomysł zostałby wyśmiany, teraz myślę, że technika idzie tak do przodu, że niedługo mogłoby to być możliwe. I powiem szczerze, że chyba mnie to przeraża. No bo wyobraźmy sobie, że po śmierci kogoś bliskiego mamy możliwość "dokupienia" jeszcze kilku dni z tą osobą. Jeśli była to naprawdę bliska osoba, to zyskujemy kilkadziesiąt godzin, w zamian za przeżywanie śmierci jeszcze raz. Doprowadzanie się do wyczerpania psychicznego. Każdy chorobliwie pragnąłby tych kilku dni. Przecież zawsze jest coś, co nie zostało powiedziane, czego nie zrobiliśmy...
Ale czy nie tak właśnie powinno być..?

Historia miłosna Julii to też poznanie ułamka historii Niemiec z czasów obalania Muru. Przemyślana, nie za lekka, nie za prosta. W sam raz komponująca się z zagadnieniem śmierci ojca, tęsknoty, relacji rodzinnych. Wiadomo, że jak jest dwóch facetów, to któryś ucierpiał, ale to chyba nikogo nie dziwi.

Spodobało mi się szczególnie jedno zdanie z tej opowieści:

(...) kiedy uruchamia się wyobraźnię, na próżno chce się odnaleźć światło dnia; (...) wystarczy na moment wyrzec się marzeń, by umarły, bo zabija je zbyt jaskrawe światło realnego życia.

Na koniec napiszę tylko, że zakończenie tej powieści mnie bardzo zaskoczyło. I nie chodzi mi o wątek miłosny ;) Myślę, że warto sięgnąć po tę książkę. Choćby po to, by zobaczyć jak bardzo można się pomylić tytułując coś komedią romantyczną :).

Moja ocena: 5/6
Autor: Marc Levy
Tłumaczenie: Krystyna Szeżyńska - Maćkowiak
Wydawnictwo: Albatros, 2010
Liczba stron: 400

piątek, 5 grudnia 2014

Migdałowa Madonna strzałem w dziesiątkę.

Nie wspominałam jeszcze o challenge'u, który sama dla siebie stworzyłam, a który rozpoczął się 27 listopada. Nazywa się 100 książek w 400 dni i jak każdy głupi się domyśli, chodzi o przeczytanie 100 książek w 400 dni ;)
Idzie dobrze, planowo, spokojne sto stron dziennie. Jeśli się nie uda, trudno, żył podcinać nie będę. A jak się uda, to dumna zrobię sobie medal. Z ziemniaka ;). A teraz - pora na książkę!

Migdałowa Madonna




Rok 1525. Z bitwy pod Pawią nie powraca Lorenzo di Saronno, mąż pięknej jak anioł Simonetty. Młodziutka wdowa nagle odkrywa, że grozi jej nędza i utrata domu. Szuka pomocy u bogatego, wyklętego przez miasto Żyda Manodoraty, a jednocześnie decyduje się pozować za pieniądze malarzowi, Bernardinowi Luiniemu, uczniowi samego Leonarda da Vinci, który dekoruje freskami kościół w Saronno. Luini uwiecznia Simonettę w scenie zaślubin jako Dziewicę Maryję. Artysta i modelka zakochują się w sobie, lecz przyłapani na pocałunkach na stopniach ołtarza, zostają publicznie napiętnowani. W obawie przed zemstą kardynała i aresztowaniem Luini ukrywa się w klasztorze Świętego Maurycego w Mediolanie, tymczasem stęskniona kochanka wymyśla dla niego miłosny napój: likier z owoców migdałowca, któremu nadaje nazwę „Amaretto”. Za radą Manodoraty zaczyna go sprzedawać, co daje początek jej zamożności. Kiedy wydaje się, że wszystko zmierza do szczęśliwego finału (...)

Celowo skróciłam opis, który znajduje się na skrzydełku książki. Uwierzcie mi, bardzo się wkurzyłam, kiedy doczytałam go do końca.. Jeśli nie chcecie poznać istotnej części tej historii, lepiej nie czytajcie go wcale.
Ostatnio nie miałam szczęścia przy wyborze lektur. W najlepszym wypadku trafiałam na książki przeciętne, takie, co to przeczytasz, pomyślisz 'no spoko' i już do nich w przyszłości nie wrócisz. M. Fiorato mnie jednak nie zawiodła.
Liczyłam na to, że książka będzie dobra, mając już za sobą jedną powieść tej autorki - Tajemnica Botticellego. Tamta historia wciągnęła mnie bez reszty, miałam nadzieję, że i tym razem tak będzie - i było. Marina Fiorato to, mam wrażenie, autorka bardzo niedoceniana w Polsce. Już sam fakt, że tylko dwie z czterech jej powieści zostały przetłumaczone na nasz język o tym świadczy. Tymczasem potrafi ona budować genialne napięcie, nie boi się do historycznych faktów dobudować własną, dobrze przemyślaną opowieść i co najważniejsze -bardzo umiejętnie łączy gatunki nie zanudzając przy tym czytelnika.
To nie jest tak, że mamy przed sobą miłosną smętę z czasów renesansu zmieszaną z garścią faktów historycznych. Powieść ma głębsze przesłanie. Uświadomiła mi ogrom i absurdalność antysemityzmu w renesansowych Włoszech - no bo sami przeczytajcie:

Dowiedziała się, że Żydzi to prawdziwe demony zła.(...) Odpowiadają za śmierć Chrystusa i za karę mają zdeformowane ciała. Męskie i kobiece  genitalia są u nich jednakowe, więc nie współżyją ze sobą po bożemu i nie rodzą dzieci w normalny sposób, tylko wypluwają je z gardła w zakrwawionych workach. Piją krew chrześcijańskich dzieci i siadają do uczty z ich ciał.

Tak, brzmi jak opis sceny z taniego horroru, ale niestety, takie i podobne wyobrażenia o Żydach mieli chrześcijanie renesansu.
Należy też wspomnieć o budowaniu fabuły wokół dzieł sztuki. Te są jak najbardziej autentyczne i znajdują się w miejcsach opisanych w książce, a dzięki historii Fiorato patrzę na nie innym okiem.
No i to, co kobiety lubią najbardziej, czyli wątki miłosne:) Jest ich kilka, każdy inny, każdy dostosowany do czasów akcji i żaden z nich nie nudzi.

Kończąc - myślę, że warto. Sprawdzić czy styl autorki nam odpowiada. Czasem jest słodko, że aż strach, czasem lecą głowy (dosłownie), pali się ludzi żywcem i trup ściele się gęsto. Słowem - dla każdego coś miłego! ;)

Moja ocena 6/6
Autor: Marina Fiorato
Tłumaczenie: Elżbieta Piotrowska
Wydawnictwo: Albatros, 2012
Liczba stron: 400