piątek, 19 grudnia 2014

Na granicy zmysłów - moja książka roku.

Wydawało mi się kiedyś, że przeżyłam wiele ciekawych historii. Pojechałam sama autostopem do Rzymu, gdzie udawałam chłopaka, żeby spać za friko w męskim klasztorze. Można powiedzieć ,że uczestniczyłam w egzorcyzmach, widziałam wracających do zdrowia ludzi na katolickiej mszy o uzdrowienie. Miałam skurcze porodowe przez 36 godzin -  to dopiero ciekawe doświadczenie. Spotykałam na swojej drodze ludzi niesamowitych, inspirujących, dziwnych. Było tyle różnych momentów, o których często nie wspominam, nikt by nie uwierzył. Wydawało mi się, że jak na to moje prawie ćwierćwiecze było tego całkiem sporo. Miałam rację - wydawało mi się...

Na granicy zmysłów



Fenomenalnie napisany reportaż na podstawie programu "Kossakowski.Szósty zmysł". Podróż przez Polskę, Ukrainę, Bałkany i Rosję otwiera oczy, wprawia w zdumienie i wstrząsa. Kossakowski na własnej skórze doświadcza praktyk znachorów, uzdrawiaczy, wróżów, ekstrasensów, szeptunek i bioenergoterapeutów. Jest przewodnikiem po świecie, w którym nie ma prostych odpowiedzi.

Tak sobie myślę - wystarczy taki jeden Kossakowski i człowiek nagle sobie uświadamia, że nie widział nic. Taki jeden Kossakowski. Trzeba mu przyznać, że ma talent. No dobra, nie jeden, kilka. Dużo? Ok, chłop jest jednym wielkim multitalentem. Maluje to, kamera go kocha, laski szaleją, inteligentny jest i do tego (jakby mu mało było) pisze. I to jak pisze! Emocja goni emocję, wydaje się, jakby on to robił od zawsze. Jakby człowiek nie wiedział , to by w życiu nie powiedział, że to Kossakowskiego debiut pisarski. Parskałam śmiechem w poduszkę, w którą starałam się ukryć twarz, żeby pierworodnej nie obudzić. Nie wyszło, parsknięć było za dużo. Z parsknięć wyszedł śmiech dłuższy, momenty, gdzie nie potrafiłam się uspokoić. I zdziwiony wzrok męża, jakby to nie Kossakowski, a ja o granicę zmysłów zahaczałam ...:

Ludzie na wsi pamiętają. Och, pamiętliwi są, jak to się mówi, jak słonie. I zaczynają wzywać, kiedy jest potrzeba. Gdy komuś mankiet rękawa schwyciło w pasek przenoszący napęd do sieczkarni i ten ktoś tak śmiesznie poleciał za tym mankietem, biegnąc po klepisku stodoły, ale nie nadążył, bo takiego paska się przegonić nie da, i w końcu za mankietem poszły palce, a potem ręka, prosto w ciasnotę koła. Albo komuś się zachciało czyścić młocarnię, ale jej do tego nie wyłączył, bo i po co, ten ktoś liczył na własną zręczność, ale zręczność przegrywa z alkoholem. Szczególnie tym bez banderoli. I trach!
- Matka, lećcie po starego S.! Albo nie! Bierz, matka, moje palce i lecimy do niego oba! Oszczędzimy na czasie.

Cóż, tak właściwie minęła mi pierwsza część książki. Na parskaniu śmiechem, podziwianiem gry metafor i powtórzeń w wykonaniu Przemka i na myślach " ten to miał szczęście".

Kolejną część, odebraną przeze mnie jako defiladę różności i szukanie oryginału wśród masy podróbek, czytało się wcale nie gorzej. Co prawda śmiech zmienił się raczej w niedowierzanie w stylu "yyyy...?" I tak poznajemy Kokę - zwierzę, które miało moc, niczym Elsa z Krainy Lodu (ok, zagalopowałam się...), jest cała masa diagnozujących prostatę, potem Grigorij Kowbasko testujący wytrzymałość psychiczną  i samokontrolę Przemka. Są cyganki, obce planety i cała gama innych, równie pokręconych opowieści. No i Kossakowski pośrodku tego wszystkiego. Czego chcieć więcej?

Ostatnia, trzecia część książki stopuje z humorem, wycisza. To czas na historie i przeżycia, które coś zmieniły. Hipnoza, która faktycznie działa. Zakopanie w grobie żywcem - żeby nie było mało - dwukrotnie. Duchy lubiące Bajkał i szaman w adidasach. A wszystko z niewiarygodnym zakończeniem. I chyba też zmianą samego Przemka:

W jednej chwili poddaję się. Czuję jak moje ciało się rozluźnia. Jak moje dłonie przestają być pięściami. Rozsiadam się z dziwnym, trochę jakby nie swoim westchnieniem na metalowym krześle i zamykam oczy. Czuję, jak koszula klei mi się do ciała. I czuję, że w moim podbrzuszu narasta fala. Uśmiecham się do niej. Uśmiecham się, kiedy zaczyna się wznosić, kiedy mija mostek, przenika wskroś klatkę piersiową, dosięga gardła i przechodzi przez nie. Otwieram oczy i zginam się w pół. Skrywam swoją twarz w dłoniach, które już nie są pięściami. Zaczynam płakać.

Słowem- udało mu się. Stworzyć świetną, dobrze napisaną książkę. Bawić się słowem, opisać emocje. I przede wszystkim pokazać, że może być coś jeszcze...
Naszła mnie jeszcze myśl, że Kossakowski ma szczęście, że jest Kossakowskim. Jakby był takim, nie wiem Zającem, Rysiem, czy innym Gackiem nie byłoby tak prosto zestawić go z "Szóstym zmysłem" bez lekkiej satyry. Eh, te szlacheckie nazwiska. Z końcówką -ski, wszystko dobrze wygląda. Nawet reklama pasztetu. My, ze zwierzęcymi nazwiskami, mamy zawsze pod górkę!
Mimo wszystko ten Kossakowski to się w porządku człowiek wydaje. Kiedy z głębin wydobyłam jego numer telefonu, żeby zapytać jakiś czas temu, czy mógłby zgodę na użycie jednej z prac użyczyć ( w celu dość niecodziennym) rozmawiało się całkiem normalnie. Jakby nie był -ski i nie było go widać w tv.  Tylko przez moment poczułam się jakbym czołówki programu słuchała, bo głos ten sam... 
Mam jednak do szanownego Przemka apel - może kiedyś to przeczyta. Jak się spotkamy to obiecuję kopa w tyłek. Za tego barana i żen w Rosji. Bo przeboleć tego barana nie mogłam!

Moja ocena: 6/6
Autor: Przemek Kossakowski
Wydawnictwo: Otwarte, 2014
Liczba stron: 403


7 komentarzy:

  1. Pojechałaś autostopem do Rzymu!!! Podziwiam cię niezmiernie. Z kolei nie chciałabym doświadczyć 36 godzinnych skurczy porodowych. To dopiero koszmar.
    Wracając jednak do rzeczy. Chętnie przeczytam ''Na granicy zmysłów'', bo widzę po twojej pochlebnej opinii, że to naprawdę fascynująca publikacja napisana przez nietuzinkowego człowieka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Cię zachęciłam! :)

      Usuń
  2. Plagiatorka odpuściła, już nie ma tekstu, Twego tekstu , który splagiatowała zaczytana bez pamięci. Cieszę się, bo znaczy jest nadzieja, a nic mnie tak nie wkurza, jak kradzież słów i przypisywanie ich sobie. Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, przeprosiła publicznie, wpis usunela, - jest dobrze :)

      Usuń
    2. Uff, wraca mi wiara w blogopiszących;))

      Usuń
  3. Mam nadzieję, że sytuacja z plagiatem się nie powtórzy! Trzymam kciuki i cieszę się, że w porę zareagowałaś.
    A recenzja bardzo dobra. I sugestywna ;)
    Pozdrawiam
    A.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję! I również mam taką nadzieję :)

      Usuń