piątek, 12 grudnia 2014

Wszystko, czego nie zdążyliśmy powiedzieć - komedia, która komedią nie była.

Odprawiwszy po raz piąty urodziny Goofiego z ciastoliną w roli głównej ( czapeczki urodzinowe, tort itepe ) odpoczywam i jedyne, czego się mogę bać to, że ten wiatr za oknem pozbawi mnie prądu. A bez prądu nie ma internetu. I ciężko się czyta przy świeczce. No i jest jeszcze coś, co będzie mi spędzało sen z powiek - mój sypialniany, wyszorowany, prawie perski dywan schnie na płocie. Lekki to on nie jest, ale i wiatr do delikatnych nie należy... No co będę gadać, nie chce mi się go drugi raz prać, ot cała historia ;) A teraz - pora na książkę!

Wszystko, czego nie zdążyliśmy powiedzieć



Cztery dni przed zawarciem związku małżeńskiego Julia Walsh dowiaduje się o nagłej śmierci swojego ojca, bogatego, apodyktycznego człowieka. Od lat nie utrzymywała z nim kontaktów, nie mogąc wybaczyć mu, że rozdzielił ja z Tomasem, jej pierwszą miłością. Z powodu pogrzebu ślub Julii i Adama musi zostać przełożony. 
Nazajutrz po smutnej uroczystości w mieszkaniu niedoszłej panny młodej ląduje ogromna skrzynia, a w niej coś, co wygląda jak wierna kopia ojca a w rzeczywistości jest robotem wyposażonym w część jego neuronów i pamięć. Ma pozostać u niej tak długo, aż ojciec i córka nie powiedzą sobie o wszystkim, co im leży na sercu. Julia może maszynę po prostu wyłączyć, ale daje się wciągnąć w niezwykłą grę. Poznaje ojca takim, jakim go wcześniej nie znała, dostrzega motywy jego zachowania. I dowiaduje się, że Tomas, który ponoć zginął w Afganistanie, żyje, ożenił się. Jeśli go teraz nie odnajdzie, nigdy nie dowie się, który z mężczyzn jest jej naprawdę pisany - Adam czy Tomas...



Przede wszystkim nie mam pojęcia, kto określił tą książkę mianem komedii romantycznej. I to w pogrubionym opisie z tyłu. Czy kilka śmiesznych kwestii i wątek miłosny już wystarczają, żeby tak sklasyfikować tę pozycję...?  Zawiodłam się, bo oczekiwałam tego, czego się oczekuje po komediach romantycznych - czyli odprężenia, lekkiej i przyjemnej lektury. Nie znaczy to jednak, że książka mi się nie podobała. Po prostu potrzebowałam czegoś optymistycznego jako reset po ciężkim temacie Dziewczynki w czerwonym płaszczyku. Zauważyłam, że mam na półkach przewagę ciężkich tematycznie książek, albo zwyczajnie dołujących. Dlatego ucieszyłam się z tej "komedii romantycznej". No cóż...

Dwa główne wątki to relacja ojciec - córka i miłosne zawirowania tej drugiej. No właśnie - tak, jak spodziewałam się historii miłosnej, tak ojciec bohaterki mnie zaskoczył. W pozornie błahej opowieści można znaleźć głębsze przesłanie, drugie dno:

Czy wiesz jakie to bolesne, gdy dzieci odchodzą? Wyobrażasz sobie gorycz tego rozstania? Powiem ci jak to jest. Stoisz jak dureń w progu domu, patrzysz jak odchodzą i wmawiasz sobie, że trzeba się cieszyć, widząc pisklęta wylatujące z gniazda, podziwiać ich beztroskę i dać sobie odciąć kawałek własnego ciała. A kiedy drzwi już się zamkną, musimy uczyć się wszystkiego na nowo (...)

Rzecz, nad którą dłużej się zastanowiłam, to robot. Humanoid. Życie po życiu. Pewnie dziesięć lat temu pomysł zostałby wyśmiany, teraz myślę, że technika idzie tak do przodu, że niedługo mogłoby to być możliwe. I powiem szczerze, że chyba mnie to przeraża. No bo wyobraźmy sobie, że po śmierci kogoś bliskiego mamy możliwość "dokupienia" jeszcze kilku dni z tą osobą. Jeśli była to naprawdę bliska osoba, to zyskujemy kilkadziesiąt godzin, w zamian za przeżywanie śmierci jeszcze raz. Doprowadzanie się do wyczerpania psychicznego. Każdy chorobliwie pragnąłby tych kilku dni. Przecież zawsze jest coś, co nie zostało powiedziane, czego nie zrobiliśmy...
Ale czy nie tak właśnie powinno być..?

Historia miłosna Julii to też poznanie ułamka historii Niemiec z czasów obalania Muru. Przemyślana, nie za lekka, nie za prosta. W sam raz komponująca się z zagadnieniem śmierci ojca, tęsknoty, relacji rodzinnych. Wiadomo, że jak jest dwóch facetów, to któryś ucierpiał, ale to chyba nikogo nie dziwi.

Spodobało mi się szczególnie jedno zdanie z tej opowieści:

(...) kiedy uruchamia się wyobraźnię, na próżno chce się odnaleźć światło dnia; (...) wystarczy na moment wyrzec się marzeń, by umarły, bo zabija je zbyt jaskrawe światło realnego życia.

Na koniec napiszę tylko, że zakończenie tej powieści mnie bardzo zaskoczyło. I nie chodzi mi o wątek miłosny ;) Myślę, że warto sięgnąć po tę książkę. Choćby po to, by zobaczyć jak bardzo można się pomylić tytułując coś komedią romantyczną :).

Moja ocena: 5/6
Autor: Marc Levy
Tłumaczenie: Krystyna Szeżyńska - Maćkowiak
Wydawnictwo: Albatros, 2010
Liczba stron: 400

6 komentarzy:

  1. Szkoda, że ktoś błędnie sklasyfikował tę książkę jako komedię romantyczną. Prze to wielu czytelników może być rozczarowanych. Ale najważniejsze jest to, że w ogólnym rozrachunku fabuła okazała się całkiem interesująca i że zawiera głębsze przesłanie. W takim razie chętnie ją poznać, bo lubię takie historie z drugiem dnem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie - najważniejsze, że fabuła nie zawiodła :)

      Usuń
  2. Bardzo lubię książki tego autora i chętnie sięgnę po tę. Nie przeszkadza mi więc błędna klasyfikacja :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Cię to nie zraziło :)

      Usuń
  3. Nie jest to książka, która odpowiadałaby moim czytelniczym gustom. :)
    sklep-z-pamiatkami.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. chętnie zerkam i podczytam co u Ciebie za książki:)

      Usuń